Mateusz Morawiecki najwyraźniej niczego się nie nauczył. Były premier po raz kolejny proponuje wielki program społeczny, którego podstawową zaletą ma być to, że brzmi atrakcyjnie, a podstawową wadą – że ktoś będzie musiał za niego zapłacić. Tym razem pomysł nazywa się „pensją rodzicielską” i zakłada wypłacanie jednemu z rodziców dziecka do trzeciego roku życia świadczenia w wysokości płacy minimalnej. Morawiecki zapewnia oczywiście, że nie jest to żadne rozdawnictwo. Problem polega na tym, że dokładnie tak samo PiS przez lata tłumaczył niemal każdy kolejny transfer z publicznej kasy.
Były premier bardzo nerwowo reaguje na krytykę. „Znieczulenie przy porodzie to rozdawnictwo? Położna przy rodzącej? Obiad w szkole? Ochrona ojca przed zwolnieniem?” – pyta retorycznie, mieszając ze sobą publiczne usługi, ochronę pracowniczą i bezpośrednie transfery gotówkowe. To stary polityczny chwyt: zamiast odpowiedzieć na pytanie, ile program będzie kosztował i czy przyniesie zakładane efekty, lepiej zasugerować, że krytycy nie chcą pomagać rodzinom. Wtedy rozmowa o finansach państwa zamienia się w moralny szantaż.
Morawiecki przekonuje, że „Pensja Rodzicielska to nie pieniądze z helikoptera”, ponieważ miałaby zastępować 800 plus i inne świadczenia w pierwszych latach życia dziecka. Tyle że właśnie tu zaczynają się pytania, na które były premier powinien odpowiadać konkretnymi wyliczeniami, a nie oburzeniem. Płaca minimalna jest znacznie wyższa niż 800 zł miesięcznie. Do tego świadczenie miałoby być oskładkowane, opodatkowane i zapewniać ubezpieczenie zdrowotne. Jeśli program ma obejmować rodziny niezależnie od dochodu i sytuacji zawodowej, mówimy o potencjalnie ogromnym obciążeniu dla finansów publicznych.
Nie oznacza to, że problem demografii nie istnieje. Przeciwnie, jest jednym z najpoważniejszych wyzwań stojących przed Polską. Ale właśnie dlatego wymaga czegoś więcej niż kolejnego świadczenia wymyślonego na konferencję prasową. Polska ma już za sobą wielki eksperyment pod nazwą 500 plus, później 800 plus. Program poprawił sytuację materialną wielu rodzin, ale nie odwrócił trendu demograficznego. Morawiecki powinien to wiedzieć najlepiej, bo przez lata był jednym z głównych autorów i wykonawców polityki gospodarczej PiS.
Tymczasem zamiast przeprowadzić uczciwy rachunek własnych doświadczeń, były premier znów proponuje dokładnie tę samą receptę: więcej pieniędzy z budżetu. Zmienia się nazwa, wysokość świadczenia i opakowanie marketingowe, ale filozofia pozostaje identyczna. Państwo ma płacić. Jeśli efektu nie ma, należy płacić więcej. A jeśli ktoś zapyta, skąd wziąć pieniądze, można zasugerować, że nie rozumie wagi rodziny i przyszłości kraju.
Najbardziej charakterystyczny jest ton Morawieckiego. „Polityka rodzinna to nie koszt – to inwestycja w ciągłość i siłę państwa” – pisze. Owszem, polityka rodzinna może być inwestycją. Ale każda inwestycja ma również koszt i powinna być oceniana pod względem skuteczności. Samo przemianowanie wydatku na „inwestycję” nie sprawia jeszcze, że pieniądze zaczynają się cudownie rozmnażać. Państwo nie posiada własnych pieniędzy. Ma pieniądze podatników, pieniądze pożyczone albo pieniądze, które odbiera jednej grupie, aby przekazać drugiej.
Jeszcze bardziej nerwowo brzmi fragment, w którym Morawiecki pyta krytyków, czy są „w polityce po lajki, zasięgi i chwilowy poklask”, czy po to, by „naprawiać państwo”. To szczególnie osobliwe oskarżenie ze strony polityka proponującego właśnie nowe, bardzo efektowne świadczenie społeczne. Można wręcz odwrócić jego pytanie: czy poważna polityka polega na tworzeniu kolejnych kosztownych programów, czy na budowaniu mieszkań, żłobków, stabilnego rynku pracy, dostępnej ochrony zdrowia i warunków, w których młodzi ludzie rzeczywiście chcą mieć dzieci?
Morawiecki ma rację tylko w jednym: „Droga może być Polska bez dzieci”. Tyle że Polska może być równie droga, jeśli politycy będą na prawo i lewo rozdawać publiczne pieniądze bez dowodu, że kolejne świadczenie cokolwiek zmieni. Demografia wymaga strategii na dekady. Morawiecki wciąż proponuje czek. Bez pokrycia.











