Jarosław Kaczyński znów ustawia się w roli surowego recenzenta rządu. Po zapowiedziach zmian podatkowych przedstawionych przez Donalda Tuska i Andrzeja Domańskiego prezes PiS napisał: „Miały być poważne zmiany podatkowe, a jest kosmetyka!”.
Można oczywiście dyskutować, czy podniesienie drugiego progu PIT ze 120 do 130 tys. zł jest wystarczające. Problem Kaczyńskiego polega jednak na czymś zupełnie innym: przez osiem lat miał pełnię władzy, własnego premiera, większość parlamentarną i podpisującego ustawy prezydenta. Jeżeli dziś wie, jak tak łatwo poprawić system podatkowy, dlaczego wtedy tego nie zrobił?
Prezes PiS przekonuje, że „80% osób pracujących pominięto”, a podniesienie CIT dla największych firm może uderzyć w konkurencyjność gospodarki. Tego rodzaju argument można analizować i traktować poważnie. Znacznie trudniej jednak poważnie traktować ton polityka, który zachowuje się tak, jakby dopiero wczoraj pojawił się w polskiej polityce i właśnie odkrył, że podatki można obniżać, upraszczać i lepiej adresować.
Jeszcze bardziej zdumiewająco brzmi dalsza część jego wpisu. „Panowie Tusk i Domański, uszczelnijcie system podatkowy, ukróćcie złodziejstwo, a pieniędzy wystarczy na podniesienie kwoty wolnej i wprowadzenie jednego wyższego progu na poziomie 180 tys. zł dla wszystkich. Weźcie się do pracy!” – napisał Kaczyński. To efektowna fraza, ale zarazem znakomity przykład politycznej amnezji. PiS rządziło Polską od 2015 do 2023 roku. Miało osiem lat, aby „uszczelnić system”, podnieść kwotę wolną do oczekiwanego poziomu, stworzyć prostsze progi i pozostawić więcej pieniędzy pracującym Polakom.
Nie zrobiło tego w skali, o której Kaczyński mówi dzisiaj. Zamiast tego system podatkowy był przez lata przebudowywany, poprawiany i komplikowany, a szczególnie pamiętnym przykładem stał się Polski Ład. Wprowadzono rozwiązania, które trzeba było szybko korygować, tłumaczyć księgowym, przedsiębiorcom i samym podatnikom. Dlatego dziś Kaczyński w roli nauczyciela prostych i przewidywalnych podatków brzmi mało wiarygodnie.
Najłatwiej oczywiście krzyczeć z opozycyjnej ławy: „Weźcie się do pracy!”. Trudniej odpowiedzieć na pytanie, co robiło się samemu przez osiem lat. Jeżeli PiS uważa dziś, że próg powinien wynosić 180 tys. zł, mogło go podnieść. Jeżeli uważa, że kwota wolna powinna być wyższa, miało czas, aby ją podwyższyć. Jeżeli zdaniem Kaczyńskiego wystarczy skuteczniej walczyć z „złodziejstwem”, to pozostaje zapytać, dlaczego jego własny rząd nie wykorzystał tego cudownie prostego mechanizmu do sfinansowania wszystkich ulg, które prezes dziś proponuje.
Donald Tusk nie przedstawia rewolucji. Podniesienie progu ze 120 do 130 tys. zł można uznać za zmianę ograniczoną i można oczekiwać więcej. Ale jest różnica między krytyką z pozycji kogoś, kto przedstawia realną alternatywę, a pouczaniem przez człowieka, który sam przez lata dysponował wszystkimi narzędziami potrzebnymi do realizacji swoich dzisiejszych pomysłów.
Kaczyński chce dziś, aby Polacy zapomnieli o tych ośmiu latach i słuchali jego nowych recept jak propozycji człowieka, któremu nigdy nie dano szansy ich zastosować. Tyle że szansę dostał – i to wyjątkowo dużą. PiS miało władzę, pieniądze, większość i czas. Jeżeli obecne rozwiązania Tuska są tylko „kosmetyką”, Kaczyński powinien najpierw wyjaśnić, dlaczego sam, mając osiem lat, nie przeprowadził zmian, których dziś tak stanowczo żąda.
Bo „weźcie się do pracy” brzmi efektownie tylko do momentu, w którym ktoś przypomni, kto przez osiem lat siedział za biurkiem.











