Daniel Obajtek od lat buduje wizerunek polityka, który działa zdecydowanie, szybko i bez oglądania się na przeszkody. Problem zaczyna się wtedy, gdy ta demonstracyjna skuteczność zamienia się w przekonanie, że obowiązujące zasady można potraktować jak niewygodną formalność. Incydent w Inowrocławskich Kopalniach Soli „Solino” właśnie dlatego nie wygląda jak zwykła polityczna awantura. Były prezes Orlenu i obecny europoseł PiS próbował wejść na teren spółki mimo sprzeciwu jej władz, doszło do przepychanki, interweniowała policja, a sprawą zajęła się prokuratura.
O wszczęciu śledztwa poinformował Krzysztof Brejza, który wcześniej złożył zawiadomienie. „Bum! Prokuratura Okręgowa w Bydgoszczy, po moim zawiadomieniu, wszczęła śledztwo ws. szalonej próby Obajtka wtargnięcia do IKS Solino w Inowrocławiu” – napisał europoseł KO. Postępowanie ma dotyczyć m.in. podejrzenia naruszenia miru oraz wydarzeń związanych z przepychanką. Oczywiście samo wszczęcie śledztwa nie oznacza jeszcze winy Obajtka. Pokazuje jednak, że sprawa nie została potraktowana jako błaha polityczna przepychanka przed kamerami.
Najwięcej wątpliwości budzi zachowanie samego Obajtka. Polityk próbował dostać się do protestujących pracowników, powołując się początkowo na „interwencję poselską”. Tyle że Obajtek jest posłem do Parlamentu Europejskiego, a przepisy regulujące szczególne uprawnienia interwencyjne dotyczą posłów na Sejm i senatorów. Mandat europosła nie daje mu automatycznie prawa wejścia do zakładu wbrew decyzji zarządzającego obiektem.
Kiedy prezes Solino Wojciech Kotlarek powiedział mu: „Nie jest pan ani posłem, ani senatorem”, Obajtek odpowiedział: „Jestem posłem do Europarlamentu. Poniesie pan konsekwencje w tej sprawie”. Wkrótce potem doszło do przepychanki. Kamery zarejestrowały także próbę przedostania się pod bramką kontrolną, a w relacjach medialnych pojawiły się słowa Obajtka: „Wchodzę na zakład na siłę”.
I właśnie w tym miejscu kończy się polityczny teatr, a zaczyna pytanie o elementarny szacunek dla zasad.
Obajtek miał pełne prawo wspierać protestujących pracowników. Mógł organizować konferencje prasowe, krytykować zarząd spółki, domagać się spotkania czy publicznie kwestionować decyzje władz Solino. Nie miał jednak prawa samodzielnie przyznawać sobie uprawnień, których nie daje mu mandat, ani traktować sprzeciwu zarządcy obiektu jak przeszkody, którą można po prostu sforsować.
Jeszcze bardziej kuriozalne było późniejsze tłumaczenie całej sytuacji jako „interwencji politycznej”. To określenie może dobrze brzmieć w medialnej narracji, ale nie tworzy żadnej nowej kategorii prawnej. „Interwencja polityczna” nie jest przepustką pozwalającą wejść wszędzie tam, gdzie polityk uzna to za stosowne.
Orlen również złożył zawiadomienie do prokuratury, wskazując na „wtargnięcie na teren zakładu i bezprawne powoływanie się na mandat posła”. Koncern skomentował sprawę złośliwie: „Kolejna bramka do pokonania, tym razem powinna być otwarta”.
Cała historia mówi jednak o czymś więcej niż o jednym incydencie. Obajtek przez lata należał do najpotężniejszych ludzi obozu PiS. Kierował największą polską spółką, dysponował ogromnymi wpływami i był przedstawiany jako symbol sprawczości. Być może właśnie dlatego dzisiaj tak łatwo przychodzi mu zachowywać się tak, jakby zdecydowanie automatycznie dawało rację.
Nie daje.
W demokracji polityczny mandat nie jest przywilejem pozwalającym omijać reguły. Przeciwnie, powinien oznaczać większą odpowiedzialność za ich przestrzeganie. Obajtek w Solino urządził demonstrację siły tam, gdzie potrzebny był rozsądek i opanowanie. Czy przekroczył przy tym również granicę prawa, ustali prokuratura. Ale granicę politycznej odpowiedzialności przekroczył już na oczach kamer.











