Krzysztof Stanowski ma wyjątkowy talent do budowania wokół własnych przedsięwzięć atmosfery wielkiego wydarzenia. W przypadku Kanału Zero ta strategia rzeczywiście zadziałała — internetowy projekt szybko stał się jedną z najgłośniejszych marek medialnych w Polsce. Nic więc dziwnego, że wejście z marką „Zero” do tradycyjnej telewizji miało być kolejnym etapem ekspansji i dowodem, że sukces w sieci można niemal automatycznie przenieść na ekran telewizora. Po trzech miesiącach widać jednak, że to założenie było zbyt optymistyczne.
Dane Nielsen Media są dla Telewizji Zero bardzo słabe. Stacja osiąga średnio około 0,12 proc. udziału w grupie 4+ oraz 0,16 proc. w grupie komercyjnej 16–59. Jeszcze gorzej wygląda kierunek zmian. W maju było to 0,18 proc. w grupie 4+, w czerwcu już 0,12 proc., w lipcu 0,10 proc., a w pierwszej połowie sierpnia zaledwie 0,09 proc. Nie mamy więc do czynienia z powolnym zdobywaniem rynku, lecz z systematycznym spadkiem zainteresowania.
A przecież początek miał wyglądać zupełnie inaczej. Kiedy pojawiły się pierwsze głosy, że wyniki są rozczarowujące, Stanowski odpowiadał z właściwą sobie pewnością siebie. Przekonywał, że to „jednak sukces”, wskazywał na niepełny zasięg techniczny i sugerował, że po uwzględnieniu wszystkich danych Telewizja Zero może znaleźć się nawet w polskiej pierwszej dziesiątce. Dziś te zapowiedzi brzmią znacznie mniej przekonująco.
W lipcu udział Telewizji Zero w grupie 4+ wynosił około 0,10 proc. Tymczasem Republika przekraczała 5 proc., TVN24 zbliżał się do tego poziomu, a TVP Info notowało niemal 2 proc. Stacja Stanowskiego nie znalazła się więc w gronie liczących się kanałów informacyjnych, ale raczej w sąsiedztwie takich nadawców jak Stars.tv czy Polsat Rodzina. I to najlepiej pokazuje skalę rozczarowania.
Oczywiście można bronić projektu argumentem, że to dopiero początek. Można wskazywać, że telewizję buduje się latami, że zasięg techniczny nadal jest ograniczony i że część widzów pozostaje wierna platformom internetowym. Wszystko to jest prawdą. Problem polega jednak na tym, że sam Stanowski od początku ustawił poprzeczkę bardzo wysoko. Telewizja Zero nie była przedstawiana jako skromny eksperyment czy niszowe rozwinięcie internetowego kanału. Miała być kolejnym dużym ruchem człowieka, który wielokrotnie dawał do zrozumienia, że zna współczesnego odbiorcę lepiej niż tradycyjne media.
Na razie okazuje się, że zna przede wszystkim odbiorcę internetowego.
Najlepsze wyniki Telewizji Zero tylko to potwierdzają. Największą widownię zgromadził wywiad Stanowskiego z dr. Emilem Jędrzejewskim dotyczący sytuacji w Szpitalu Południowym. Oglądało go średnio 97 tys. osób. Wyraźne wzrosty pojawiały się także przy wydarzeniach specjalnych, takich jak charytatywny przejazd Łatwoganga. Problem w tym, że pojedynczy mocny materiał nie buduje jeszcze stabilnej stacji telewizyjnej.
Telewizję ocenia się przede wszystkim po codziennej widowni, a nie po wyjątkowych skokach zainteresowania. I właśnie tutaj Telewizja Zero przegrywa. Jeszcze w lipcu sama marka przekonywała, że oglądalność „stale rośnie”. Dane miesięczne pokazują jednak coś odwrotnego — od majowego startu udział stacji konsekwentnie maleje.
Nie oznacza to, że Kanał Zero jako całość poniósł klęskę. Internetowy projekt Stanowskiego nadal pozostaje silny, rozpoznawalny i zdolny do narzucania tematów debaty publicznej. Tym bardziej jednak telewizyjna porażka rzuca się w oczy.
Stanowski chciał pokazać, że może wejść do tradycyjnych mediów i zmienić ich reguły. Na razie to tradycyjna telewizja pokazała jemu, że jej reguły są znacznie trudniejsze, niż zakładał.











