Spór o małżeństwa jednopłciowe jest w Polsce realny, polityczny i konstytucyjny. Można mieć bardzo różne zdanie na temat transkrypcji zagranicznych aktów małżeństwa, można krytykować rozporządzenie ministra cyfryzacji, można domagać się zmiany konstytucji albo przeciwnie – bronić jej obecnego brzmienia. Są jednak granice języka, których polityk demokratycznego państwa nie powinien przekraczać. Marek Suski właśnie je przekroczył.
Poseł PiS, komentując możliwość transkrypcji aktów małżeństw jednopłciowych zawartych za granicą, uznał za stosowne sięgnąć po porównania do związków ludzi ze zwierzętami. „To, że ktoś uzna, że można na przykład wziąć ślub z krokodylem, bo i takie wypadki były… Noc poślubna była tragiczna dla pana młodego” – powiedział w Polsat News. Gdy prowadzący zwrócił uwagę, że jest to porównanie „zdecydowanie zbyt daleko idące”, Suski nie wycofał się. Przeciwnie, poszedł dalej.
„Najpierw stało dwóch panów i podpis: ‘teraz my’, a potem stał pan z kozą: ‘A później my’. To jest kolejny krok” – opowiadał polityk PiS, dodając: „Są kraje, w których można zawrzeć małżeństwo ze zwierzęciem”.
To są słowa zupełnie niedopuszczalne. Nie dlatego, że Suski sprzeciwia się małżeństwom jednopłciowym. Ma pełne prawo być ich przeciwnikiem. Niedopuszczalne jest przedstawianie związku dwojga dorosłych ludzi jako czegoś znajdującego się na tej samej drodze co relacja seksualna człowieka ze zwierzęciem. To nie jest argument konstytucyjny, prawny ani nawet konserwatywny. To zwyczajne poniżanie ludzi.
Jeżeli poseł chce dyskutować o artykule 18 konstytucji, niech dyskutuje. Jeżeli uważa, że minister przekroczył swoje kompetencje, niech przedstawia ekspertyzy prawne. Jeżeli sądzi, że transkrypcja zagranicznego aktu małżeństwa narusza polski porządek konstytucyjny, może przedstawić rzeczowy wywód. Ale krokodyl i koza nie mają z takim sporem nic wspólnego.
Co więcej, Suski sam pokazuje, że potrafi mówić o sprawie normalnym językiem. „Na terytorium Polski obowiązuje polska konstytucja” – stwierdził. To jest stanowisko, z którym można polemizować, ale które mieści się w demokratycznej debacie. Podobnie jego argument, że ewentualna pełna legalizacja małżeństw jednopłciowych powinna wiązać się ze zmianą konstytucji. Dlaczego więc kilka sekund wcześniej potrzebne były kozy i krokodyle?
Odpowiedź jest niestety dość oczywista. Taki język ma wywołać emocję, nie refleksję. Ma oburzyć jednych wyborców, rozbawić innych, a przede wszystkim zbudować prosty przekaz: jeżeli zgodzimy się na jedno, za chwilę nastąpi coś absurdalnego i odrażającego. To klasyczny argument równi pochyłej, tyle że podany w najbardziej prymitywnej formie.
Suski dodał jeszcze, że „z punktu widzenia takiej elementarnej normalności, to małżeństwo dwóch facetów nie jest małżeństwem”. I znów – polityk może wyrażać konserwatywne przekonania. Ale „normalność” nie jest kategorią prawną, którą można dowolnie przyklejać jednych ludziom, a odbierać innym.
W Polsce można i trzeba prowadzić debatę o tym, czym jest małżeństwo, jakie prawa powinny mieć pary jednopłciowe i gdzie przebiegają granice konstytucji. Ale polityk, zwłaszcza parlamentarzysta, powinien rozumieć, że jego słowa mają znaczenie. Porównywanie ludzi do osób zawierających związki ze zwierzętami nie jest „mocnym językiem”. Jest językiem pogardy.
Marek Suski nie obronił w ten sposób ani konstytucji, ani tradycyjnego rozumienia małżeństwa. Pokazał jedynie, jak łatwo poważny spór można sprowadzić do poziomu żartu o kozie. A od posła na Sejm można wymagać jednak czegoś więcej.











