Przemysław Czarnek po raz kolejny próbuje zamienić poważną sprawę w polityczną awanturę. Tym razem pretekstem stały się słowa ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka o ściganiu przestępstw motywowanych nienawiścią wobec Ukraińców. Zamiast spokojnie zapytać o skalę działań prokuratury, zasady ich prowadzenia i równość wobec prawa, Czarnek natychmiast uruchomił dobrze znany repertuar: narodowe upokorzenie, zdradę interesów Polaków i sugestię, że państwo bardziej dba o Ukraińców niż o własnych obywateli.
„W Polsce Polak nie może być obywatelem drugiej kategorii” – mówi poseł PiS. Tyle że nikt nie twierdzi, że ma nim być. Żurek powiedział, że prokuratorzy i policja mają ścigać „każdy przejaw nienawiści”, a osoby, które „obrażają, lżą, biją”, mają być pociągane do odpowiedzialności. Trudno znaleźć w tych słowach tezę o uprzywilejowaniu kogokolwiek. Jest za to bardzo prosty komunikat: przemoc i przestępstwa z nienawiści mają być ścigane.
Czarnek jednak nie byłby sobą, gdyby nie próbował przesunąć dyskusji w stronę emocji narodowych. „Skoro pan obiecuje Ukraińcom, że wysyła pan na Polaków atakujących Ukraińców prokuratorów w zespołach, to niech pan odpowie Polakom, czy z równą determinacją ściga pan Ukraińców atakujących Polaków” – mówi. Pytanie samo w sobie jest zasadne. Problem zaczyna się wtedy, gdy zostaje przedstawione tak, jakby istniały dowody na systemowe faworyzowanie jednej grupy i prześladowanie drugiej.
To właśnie charakterystyczny styl Czarnka. Najpierw buduje sugestię, że Polacy są poniżani we własnym państwie, a dopiero później domaga się wyjaśnień. Zamiast faktów mamy insynuację. Zamiast spokojnej kontroli parlamentarnej – polityczne oskarżenie.
Do tego były minister edukacji dorzuca jeszcze temat Bandery i Szuchewycza. „Najgorsze w tym wszystkim to, że władze polskie (…) uczestniczyły w tym wydarzeniu” – mówi, nazywając postawę rządu „upadkiem i upokorzeniem polityki w Polsce”. To kolejny przykład mieszania kilku różnych spraw w jedną emocjonalną całość. Można krytykować ukraińską politykę historyczną, można domagać się jednoznacznego potępienia kultu OUN-UPA, ale nie wynika z tego, że polskie państwo ma przymykać oko na przemoc wobec Ukraińców mieszkających w Polsce.
Prawo powinno działać jednakowo wobec wszystkich. Jeśli Ukrainiec napada Polaka, powinien odpowiadać tak samo jak Polak napadający Ukraińca. Jeśli dochodzi do przestępstwa motywowanego narodowością, policja i prokuratura powinny reagować niezależnie od tego, kto jest sprawcą. To elementarna zasada państwa prawa, a nie „uprzywilejowanie” jednej grupy.
Czarnek próbuje jednak zbudować inną opowieść: Polacy są rzekomo spychani na dalszy plan, a państwo ma nad nimi stawiać Ukraińców. To politycznie wygodne, bo odpowiada na rosnące społeczne napięcia i pozwala ustawić się w roli obrońcy „swoich”. Tyle że odpowiedzialny polityk powinien napięcia łagodzić, a nie wykorzystywać je do zdobywania punktów.
Najbardziej niepokojące jest właśnie to, że Czarnek doskonale wie, jakie emocje uruchamia. Kiedy mówi o „obywatelach drugiej kategorii”, nie prowadzi prawniczego sporu o kompetencje prokuratury. Buduje poczucie krzywdy i zagrożenia. Gdy dodaje do tego Banderę, Szuchewycza i „upokorzenie Polski”, tworzy prostą opowieść o rządzie, który miałby rzekomo stać po stronie Ukraińców przeciwko Polakom.
Takiej polityki Polska dziś nie potrzebuje. Potrzebuje równego prawa, sprawnej policji i prokuratury oraz rozsądnej polityki wobec Ukrainy, w której można jednocześnie wspierać ofiarę rosyjskiej agresji i twardo rozmawiać o historii. Czarnek zamiast tego proponuje kolejną wojnę kulturową.
Można kontrolować działania ministra Żurka i pytać, czy prokuratura traktuje wszystkich jednakowo. To wręcz obowiązek opozycji. Ale od kandydata na premiera należałoby oczekiwać czegoś więcej niż sugestii, że Polacy stają się we własnym kraju obywatelami drugiej kategorii.
Czarnek znów nie wyjaśnia problemu. On go podkręca. I właśnie dlatego jego styl polityczny jest dziś bardziej częścią problemu niż rozwiązaniem.











