Jarosław Kaczyński najwyraźniej po raz kolejny dochodzi do wniosku, że Antoni Macierewicz jest politykiem bardzo potrzebnym Prawu i Sprawiedliwości – ale najlepiej wtedy, gdy wyborcy widzą go jak najmniej. To mechanizm dobrze znany z przeszłości. Macierewicz ma ogromne znaczenie dla najbardziej ideowej części elektoratu PiS, pozostaje wierny smoleńskiej narracji i przez lata był jednym z symboli radykalnego skrzydła partii. Jednocześnie dla wyborców umiarkowanych jest politykiem niezwykle obciążającym.
Właśnie dlatego można odnieść wrażenie, że przed kolejną walką o władzę Kaczyński próbuje go znowu odsunąć na dalszy plan. Macierewicz oczywiście nie zniknął z polityki. Nadal pojawia się publicznie, komentuje najważniejsze sprawy i uczestniczy w wydarzeniach związanych ze Smoleńskiem. Trudno jednak uznać go dziś za jedną z twarzy, którymi PiS chce zdobywać polityczne centrum.
Powód jest łatwy do zrozumienia. Macierewicz stał się dla PiS politycznym bagażem. Kolejne kontrowersje wokół jego działalności, sprawy związane z jego wypowiedziami i wieloletnie spory o funkcjonowanie podkomisji smoleńskiej sprawiają, że z punktu widzenia kampanii wyborczej jest postacią, która bardziej odstrasza, niż przyciąga nowych wyborców. Dla twardego elektoratu może pozostać symbolem konsekwencji. Dla centrum jest raczej przypomnieniem najbardziej konfrontacyjnego oblicza PiS.
Kaczyński zna ten problem doskonale, bo już wcześniej próbował stosować podobny manewr. W kampaniach wyborczych Macierewicz bywał odsuwany od pierwszego szeregu, a partia prezentowała bardziej umiarkowane twarze. Po wyborach okazywało się jednak, że jego znaczenie wcale nie było tak małe, jak mogło się wydawać w czasie kampanii.
Ten schemat warto dziś przypomnieć, bo dobrze pokazuje sposób działania prezesa PiS. Przed wyborami partia próbuje wyglądać spokojniej, bardziej przewidywalnie i bardziej centrowo. Politycy, którzy mogliby utrudnić zdobywanie głosów umiarkowanych wyborców, schodzą na dalszy plan. Kiedy jednak głosy zostaną policzone, personalna rzeczywistość może wyglądać zupełnie inaczej.
Dlatego obecne odsuwanie Macierewicza od pierwszego szeregu nie musi oznaczać żadnego politycznego rozwodu. Kaczyński nie odciął się przecież od niego jednoznacznie i nadal potrafi bronić jego dorobku, kiedy uznaje to za potrzebne. Zdarza mu się również krytykować niektóre jego działania czy wypowiedzi, ale nie wygląda to na definitywne zerwanie. Bardziej przypomina kontrolowane dystansowanie się od polityka, który w kampanii może szkodzić.
Nie chodzi więc zapewne o to, że Kaczyński nagle uznał Macierewicza za polityka skompromitowanego. Bardziej prawdopodobne jest coś znacznie prostszego: prezes PiS umie liczyć. Wie, że sam twardy elektorat nie wystarczy do odzyskania władzy. Potrzebni są wyborcy mniej ideologiczni, zmęczeni obecnym rządem, ale jednocześnie obawiający się powrotu najbardziej radykalnej wersji PiS.
I właśnie dla nich Macierewicz jest problemem. Przypomina o Smoleńsku, WSI, podkomisji, konfliktach w wojsku i latach politycznej wojny. Nie pasuje do opowieści o odnowionej partii, która wyciągnęła wnioski z porażki i wraca jako spokojna alternatywa dla obecnej władzy.
Kaczyński może więc próbować powtórzyć stary manewr: na czas kampanii schować polityka, który odstrasza część wyborców, a jednocześnie nie zrywać z nim naprawdę. Tyle że dziś ten trik może być znacznie mniej skuteczny. Wyborcy mają już za sobą osiem lat rządów PiS i wiedzą, że polityk niewidoczny przed wyborami może bardzo szybko wrócić do pierwszego szeregu po ich zakończeniu.
Jeżeli więc PiS zamierza przekonywać, że się zmienił i złagodniał, powinien odpowiedzieć na proste pytanie: czy Macierewicz rzeczywiście stracił wpływy, czy tylko znowu na kilka miesięcy został schowany przed wyborcami? Bo jeśli chodzi o to drugie, Kaczyński nie proponuje żadnej nowej jakości. Próbuje jedynie jeszcze raz sprzedać Polakom ten sam polityczny trik.











