Bartosz Lewandowski, obrońca Marcina Romanowskiego, najwyraźniej uznał, że najlepszą odpowiedzią na kolejne wątpliwości dotyczące miejsca pobytu jego klienta będzie wezwanie na świadka Donalda Tuska. Trudno oprzeć się wrażeniu, że argumentacja robi się coraz bardziej kuriozalna. Zamiast wyjaśnić, gdzie właściwie przebywa były wiceminister sprawiedliwości i dlaczego informacje w tej sprawie są tak niejednoznaczne, Lewandowski próbuje przenieść ciężar całej historii na premiera.
„Wobec takiego stanowiska Prokuratury Krajowej w sprawie miejsca pobytu Marcina Romanowskiego, przesłuchanie pana premiera Tuska jest konieczne, bo wtedy zaistnieją podstawy do wydania listu żelaznego” – przekonuje mecenas. Po czym dodaje z wyraźną ironią: „Przecież pan premier nie mógł kłamać wskazując, że Romanowski znajduje się poza terytorium UE”.
Problem polega na tym, że pytanie o to, czy Donald Tusk dysponował prawidłowymi informacjami służb, jest czymś zupełnie innym niż pytanie o sytuację prawną Romanowskiego. Premier mówił, że według informacji przekazanych przez służby państw regionu istnieje 99-procentowe prawdopodobieństwo, iż były wiceminister znajduje się w Naddniestrzu. Prokuratura natomiast zwraca uwagę, że nie posiada dowodu pozwalającego jednoznacznie potwierdzić jego pobyt w deklarowanym miejscu.
I właśnie w tej luce Lewandowski próbuje znaleźć ratunek dla swojego klienta. Zamiast rozwiać wątpliwości, próbuje wykorzystać je jako argument na rzecz listu żelaznego. Można wręcz odnieść wrażenie, że tonący chwyta się już nie tyle brzytwy, ile wszystkiego, co akurat znajduje się pod ręką.
Sprawa miejsca pobytu Romanowskiego rzeczywiście jest osobliwa. We wniosku dotyczącym listu żelaznego miał wskazać Tyraspol, tymczasem przesyłka została nadana w Benderach. Adres nadawcy prowadzi według medialnych ustaleń do pustej parceli. Polskie służby nie mają przy tym potwierdzenia, że Romanowski w ostatnich latach przekraczał granicę Mołdawii, a same władze w Kiszyniowie nie kontrolują separatystycznego Naddniestrza i nie mogą wiarygodnie sprawdzić, kto faktycznie przebywa na jego terytorium.
Dla osoby poszukiwanej przez organy ścigania trudno wyobrazić sobie wygodniejsze miejsce do deklarowania pobytu. Informację można podać, ale jej zweryfikowanie jest niezwykle trudne. To jednak nie Donald Tusk stworzył tę sytuację. To Romanowski od dłuższego czasu pozostaje poza zasięgiem polskiego wymiaru sprawiedliwości i to jego obrońcy powinno zależeć na możliwie jasnym wyjaśnieniu, gdzie klient przebywa.
Tymczasem Lewandowski próbuje odwrócić role. Nagle głównym problemem nie jest już poszukiwany polityk PiS, lecz premier, którego należałoby przesłuchać, ponieważ powołał się na informacje przekazane przez służby. To efektowna figura retoryczna, świetnie nadająca się do wpisu w mediach społecznościowych, ale znacznie gorzej odpowiadająca na podstawowe pytania tej sprawy.
Romanowski jest podejrzany w śledztwie dotyczącym Funduszu Sprawiedliwości i ciąży na nim Europejski Nakaz Aresztowania. Zarzuty obejmują między innymi udział w zorganizowanej grupie przestępczej oraz nieprawidłowości związane z rozdysponowaniem publicznych pieniędzy. Były wiceminister odrzuca te oskarżenia i twierdzi, że padł ofiarą politycznej zemsty. O jego winie lub niewinności powinien oczywiście zdecydować sąd, a nie politycy czy media.
Żeby jednak sąd mógł tę sprawę rozstrzygnąć, Romanowski musi przed nim stanąć. I to jest sedno całej historii, którego kolejne prawnicze i polityczne sztuczki nie powinny przesłaniać.
Lewandowski ma prawo wykorzystywać wszystkie zgodne z prawem środki w obronie swojego klienta. Ale im bardziej argumentacja koncentruje się na tym, by przesłuchać Tuska, rozliczać słowa premiera i wyłapywać sprzeczności między informacjami służb a ustaleniami prokuratury, tym silniejsze powstaje pytanie, dlaczego najprostsze rozwiązanie okazuje się tak trudne.
Romanowski może przecież wrócić do Polski i bronić swojej niewinności przed sądem. Dopóki tego nie robi, próby uczynienia z Donalda Tuska głównego bohatera tej sprawy wyglądają coraz bardziej jak rozpaczliwe odwracanie uwagi od człowieka, którego naprawdę dotyczą zarzuty.











