Zbigniew Bogucki postanowił odpowiedzieć Donaldowi Tuskowi w sprawie Zondacrypto w sposób dobrze znany z repertuaru PiS: zamiast spokojnie wyjaśniać własne działania, zaatakować przeciwnika, podważyć jego wiarygodność i zasypać debatę oskarżeniami. Problem w tym, że przy tak poważnej sprawie polityczny jazgot nie zastąpi odpowiedzi na podstawowe pytania.
Premier napisał, że „teraz już wiemy, dlaczego z uporem maniaka Nawrocki i PiS blokowali ustawę o kryptowalutach”. To oczywiście bardzo daleko idąca teza, która wymaga dowodów. Tusk wskazał jednak na konkretny polityczny kontekst: kontakty ludzi PiS z osobami związanymi z Zondacrypto, pieniądze trafiające do prawicowych środowisk i sprzeciw wobec regulacji rynku.
Bogucki zamiast odpowiedzieć na istotę zarzutów, uruchomił kontratak. Przypomniał, że za obecnej koalicji prokuratura umorzyła dwa śledztwa dotyczące Zondacrypto i zarzucił Tuskowi, że rząd w praktyce dał „zielone światło na oszukiwanie Polaków”. To poważny zarzut, ale nawet gdyby uznać go za w pełni zasadny, nie wyjaśnia on ani spotkania Michała Moskala na Ibizie, ani relacji polityków prawicy z branżą kryptowalutową, ani powodów konsekwentnego sprzeciwu PiS wobec kolejnych prób uregulowania rynku. To klasyczna metoda odwracania uwagi: nie pytajcie o nas, bo tamci też mają coś na sumieniu.
Bogucki poszedł zresztą znacznie dalej. Napisał, że nie wie, czy działania Tuska to „głupota, lenistwo, czy dyletanctwo, a może świadome działanie”. Taki język może mobilizować najwierniejszy elektorat, ale niewiele wnosi do wyjaśnienia afery. Szef kancelarii prezydenta nie jest przecież internetowym komentatorem. Reprezentuje urząd głowy państwa. Tymczasem jego reakcja przypomina raczej partyjną bijatykę niż próbę obrony powagi Pałacu Prezydenckiego.
Jeszcze bardziej osobliwie brzmi zapowiedź, że po ewentualnej zmianie władzy w 2027 roku nowy rząd „w pełni odsłoni reżyserię wielkich jak koń manipulacji”. To już nie argument, lecz polityczna groźba ubrana w język insynuacji. Jeśli Bogucki ma wiedzę o nieprawidłowościach, powinien przedstawić ją dziś. Jeśli posiada dokumenty, niech je ujawni albo przekaże prokuraturze. Demokracja nie polega na przechowywaniu rzekomych dowodów do czasu, aż własna partia wygra wybory.
Najważniejsza jest jednak obrona Karola Nawrockiego. Bogucki zapewnia, że prezydent chce „rozsądnego i zgodnego z Konstytucją uregulowania rynku kryptoaktywów”, podczas gdy rząd trzy razy przedstawiał „właściwie tę samą złą ustawę”. W takim razie Pałac powinien bardzo precyzyjnie wskazać, co było złe, jakie przepisy należało zmienić i dlaczego własne propozycje prezydenta lepiej chroniły obywateli. Samo słowo „rozsądny” nie jest jeszcze argumentem.
W tle pozostaje bowiem zasadnicze pytanie: czy polityczne decyzje dotyczące regulacji kryptowalut były podejmowane całkowicie niezależnie od kontaktów ludzi związanych z PiS z przedstawicielami branży. Dopóki to nie zostanie przekonująco wyjaśnione, każda agresywna odpowiedź Boguckiego będzie wyglądała jak próba zmiany tematu.
Można krytykować Tuska. Można pytać o działania prokuratury pod rządami obecnej koalicji i domagać się wyjaśnień dotyczących wcześniejszych postępowań. Ale jedno nie unieważnia drugiego. Bogucki chciał odwrócić sytuację i postawić rząd w roli oskarżonego. Ostatecznie tylko przypomniał, jak bardzo PiS nie lubi odpowiadać na niewygodne pytania o własne środowisko.
A właśnie odpowiedzi, nie kolejne obelgi, są dziś najbardziej potrzebne.










