Radosław Sikorski jednym zdaniem trafił w sedno coraz poważniejszego problemu z prezydenturą Karola Nawrockiego. „Cierpliwie czekamy aż Pan Prezydent zrozumie, że jeszcze nie jest królem” – napisał szef MSZ. Można oczywiście uznać tę uwagę za złośliwość. Można narzekać, że minister spraw zagranicznych powinien wypowiadać się bardziej dyplomatycznie. Tyle że za uszczypliwością Sikorskiego kryje się zasadnicze pytanie: czy prezydent może traktować swoje konstytucyjne kompetencje jako instrument permanentnego blokowania polityki rządu?
Sprawa dotyczy około 40 kierowników polskich placówek dyplomatycznych, którzy – według Sikorskiego – czekają już tylko na podpis prezydenta. „Jeszcze raz: jedyne czego brakuje około czterdziestu kierownikom polskich ambasad to podpis prezydenta na prawidłowo złożonych wnioskach” – napisał minister. Dodał przy tym argument szczególnie niewygodny dla Pałacu Prezydenckiego: „W tych samych okolicznościach prawnych prezydent Duda podpisał 24 moje wnioski, a prezydent Nawrocki ani jednego”.
Jeżeli rzeczywiście mamy do czynienia z czterdziestoma prawidłowo przeprowadzonymi procedurami i ani jedną zaakceptowaną nominacją, trudno już mówić o pojedynczych zastrzeżeniach personalnych. To wygląda raczej na świadomie przyjętą metodę działania.
Prezydent ma oczywiście prawo mieć zastrzeżenia do konkretnych kandydatów. Nie jest maszyną do automatycznego składania podpisów. Problem zaczyna się wtedy, gdy wyjątek zamienia się w zasadę, a konstytucyjna kompetencja staje się narzędziem blokady całego systemu. Polska polityka zagraniczna nie może funkcjonować według reguły: skoro rząd wskazał kandydata, prezydent go nie zaakceptuje.
Sikorski przypomina również, że „wszyscy kandydaci mają pozytywną opinię kontrwywiadu i sejmowej komisji spraw zagranicznych”. Jeżeli tak jest, Pałac powinien przedstawić konkretne i przekonujące powody odmowy. Nie wystarczy polityczna niechęć do Bogdana Klicha, Ryszarda Schnepfa czy kogokolwiek innego. Ambasador nie jest prywatnym wysłannikiem prezydenta ani ministra. Reprezentuje Rzeczpospolitą.
I właśnie dlatego argument Sikorskiego jest mocniejszy niż może się wydawać. W polskim ustroju prezydent uczestniczy w polityce zagranicznej, ale jej samodzielnie nie prowadzi. Konstytucja mówi jasno, że Rada Ministrów prowadzi politykę wewnętrzną i zagraniczną państwa, a prezydent w zakresie polityki zagranicznej współdziała z premierem i właściwym ministrem. Słowem kluczowym jest tutaj „współdziała”. Nie „rządzi”, nie „narzuca”, nie „blokuje do skutku”.
Nawrocki zdaje się tymczasem coraz chętniej interpretować silny mandat wyborczy jako prawo do budowania konkurencyjnego wobec rządu ośrodka władzy wykonawczej. To niebezpieczna pokusa każdej prezydentury. Bezpośredni wybór przez miliony obywateli daje ogromną legitymację polityczną, ale nie zmienia konstytucyjnego podziału kompetencji.
Można nie lubić Sikorskiego. Można uważać jego styl za arogancki, a jego wpis o „królu” za niepotrzebnie zaczepny. W tej sprawie jednak to minister ma mocniejsze argumenty. Państwo nie może utrzymywać kilkudziesięciu placówek w prowizorycznym stanie tylko dlatego, że prezydent chce pokazać rządowi, kto potrafi skuteczniej postawić na swoim.
Nawrocki powinien więc albo podpisywać wnioski, wobec których nie ma poważnych zastrzeżeń, albo publicznie i konkretnie wyjaśniać, dlaczego odmawia. Hurtowa blokada nie jest żadną „obroną prerogatyw prezydenta”. Jest demonstracją politycznej siły, za którą rachunek płaci państwo.
Sikorski ma zatem rację przynajmniej w jednej zasadniczej kwestii. Karol Nawrocki nie jest królem. Jest prezydentem konstytucyjnej republiki, w której nawet najwyższe urzędy mają określone granice kompetencji.
Im szybciej Pałac Prezydencki to zaakceptuje, tym lepiej dla polskiej dyplomacji.










