Mariusz Błaszczak powiedział właściwie więcej, niż zapewne zamierzał. Z jego wypowiedzi wynika bowiem, że inicjatywy Karola Nawrockiego nie są przez Prawo i Sprawiedliwość traktowane jako próba budowania ponadpartyjnego porozumienia czy wzmacniania instytucji państwa. Mają być po prostu kolejnym narzędziem służącym odzyskaniu władzy. Prezydent nie występuje tu jako arbiter, ale jako uczestnik politycznej układanki konstruowanej z myślą o następnych wyborach.
„Jest nadzieja w inicjatywie pana prezydenta Karola Nawrockiego” – mówił Błaszczak w Radiu Wnet. I od razu wyjaśnił, na czym ta nadzieja polega. „Ona dotyczy paktu senackiego, ale postawmy sprawę w ten sposób, że pakt senacki mógł być wstępem do współpracy dalej idącej. Zobaczymy, czym to się wszystko skończy”.
Trudno o bardziej czytelne przyznanie, że chodzi nie o Senat, ale o przyszłą koalicję polityczną. Pakt ma być jedynie początkiem. Narzędziem do zbliżenia PiS z innymi ugrupowaniami opozycyjnymi, a w dalszej perspektywie być może fundamentem nowej większości parlamentarnej. Błaszczak mówi o tym niemal bez ogródek.
Jeszcze bardziej znamienne jest jednak to, jaką rolę w tej operacji przypisuje Nawrockiemu. Prezydent RP powinien mieć świadomość, że jego urząd nie jest dodatkową salą konferencyjną żadnej partii. Tymczasem z wypowiedzi jednego z najważniejszych polityków PiS wyłania się zupełnie inny obraz: Nawrocki ma tworzyć przestrzeń, w której można będzie dogadywać przyszłe sojusze prawicy.
To bardzo wygodne dla PiS. Partia sama ma ograniczoną zdolność koalicyjną, więc potrzebuje kogoś, kto będzie próbował łączyć środowiska, których Jarosław Kaczyński nie potrafi albo nie chce przyciągnąć bezpośrednio. Pałac Prezydencki nadaje się do tego znakomicie: daje prestiż, zapewnia medialną oprawę i pozwala przedstawiać partyjne negocjacje jako troskę o państwo.
Błaszczak nawet nie ukrywa kalkulacji wyborczej. Przypomina, że metoda D’Hondta premiuje większe listy. W jego opowieści cała „inicjatywa prezydenta” szybko sprowadza się więc do matematyki mandatów. Mniej rozdrobnienia po prawej stronie, większa wspólna lista, więcej miejsc w Sejmie i możliwość powrotu do władzy.
Jednocześnie przewodniczący klubu PiS zapewnia, że jego partia pozostanie liderem „prawicy”, bo ma „konkretny program” i jest „wiarygodna”. Tyle że gdyby rzeczywiście wystarczały program i wiarygodność, PiS nie musiałoby dziś z takim zainteresowaniem rozważać nowych konfiguracji wyborczych i korzystać z politycznego zaangażowania prezydenta. Sam Błaszczak pokazuje więc sprzeczność swojej narracji: z jednej strony mówi o sile PiS, z drugiej – szuka formuły, dzięki której inni pomogą tej partii odzyskać większość.
Najpoważniejszy problem dotyczy jednak Nawrockiego. Prezydent może oczywiście rozmawiać ze wszystkimi środowiskami politycznymi. Powinien wręcz to robić. Co innego jednak konsultacje prowadzone w interesie państwa, a co innego konstruowanie wyborczego zaplecza dla konkretnego obozu.
Jeżeli pakt senacki ma być – jak mówi Błaszczak – „wstępem do współpracy dalej idącej”, to Nawrocki powinien bardzo jasno powiedzieć, czy zamierza być prezydentem wszystkich obywateli, czy patronem przyszłej koalicji prawicy. Bo dzisiaj PiS coraz wyraźniej zachowuje się tak, jakby odpowiedź już znał.
A Błaszczak, być może przez nieuwagę, właśnie powiedział ją publicznie.










