Robert Bąkiewicz najwyraźniej przyzwyczaił się już do świata, w którym każda instytucja stawiająca mu granice staje się automatycznie narzędziem represji. Kiedy sąd ukarał go grzywną w wysokości 800 zł za zachowanie podczas ogłaszania wyroku, lider Ruchu Obrony Granic nie potraktował tego jako zwyczajnej konsekwencji naruszenia porządku rozprawy. Natychmiast zobaczył w tym polityczną operację wymierzoną w siebie i swoje środowisko.
„Mój sprzeciw na sali sądowej został dziś ukarany grzywną finansową. Nie zgadzam się na to” – oświadczył Bąkiewicz. Następnie postawił znacznie poważniejszy zarzut: „Uważam, że to jest element represji wobec mnie, Ruchu Obrony Granic i próba ukarania mnie za coś, za co ukarany być nie powinienem”. Problem polega na tym, że prawo do obrony nie oznacza prawa do zachowywania się na sali sądowej według własnego uznania.
Bąkiewicz może nie zgadzać się z wyrokiem, sędzią, uzasadnieniem, prokuraturą i całym polskim wymiarem sprawiedliwości. Może korzystać ze środków odwoławczych, krytykować orzeczenie publicznie i przekonywać, że został potraktowany niesprawiedliwie. Sala sądowa nie jest jednak wiecem politycznym ani demonstracją, podczas której najgłośniejszy uczestnik zdobywa prawo do narzucania pozostałym własnych reguł.
Tymczasem Bąkiewicz przedstawia karę jako odebranie mu możliwości obrony. Sędzię Martę Pilśnik oskarżył o działanie „w sposób zupełnie pozbawiony jakiejkolwiek racjonalności, przyzwoitości, ale przede wszystkim prawa”. To bardzo ciężkie słowa, szczególnie że mówimy o grzywnie porządkowej, a nie o pozbawieniu oskarżonego możliwości przedstawienia stanowiska czy skorzystania z pomocy obrońcy. Między sprzeciwem wobec orzeczenia a zakłócaniem jego ogłaszania istnieje zasadnicza różnica.
W obronie Bąkiewicza wystąpił Oskar Kida, który przekonuje, że „każdy obywatel ma obowiązek szanować sąd, ale to działa w dwie strony”. Z tą zasadą trudno polemizować. Sąd rzeczywiście musi szanować obywatela, także oskarżonego, i nie może wymagać od niego pokory wobec swoich ocen. Nie wynika z tego jednak prawo do przerywania sędziemu za każdym razem, kiedy padają słowa, z którymi oskarżony „fundamentalnie się nie zgadza”.
Jeszcze bardziej osobliwie brzmi określenie działania sądu mianem „tresury”. „Ma pan siedzieć cicho i słuchać, co sąd mówi? Nie wysoki sądzie, obywatel ma prawo protestować” – mówi Kida. Owszem, obywatel ma prawo protestować. Ma również prawo odwołać się od wyroku, demonstrować przed sądem, wypowiadać się w mediach i publicznie krytykować orzeczenie. Nie ma natomiast automatycznego prawa do zamieniania ogłaszania wyroku w polityczną awanturę tylko dlatego, że nie podoba mu się jego treść.
I właśnie tutaj ujawnia się charakterystyczna metoda Bąkiewicza. Granica postawiona przez państwo zostaje przedstawiona jako represja, egzekwowanie zasad jako prześladowanie, a konsekwencje własnego zachowania jako zamach na podstawowe prawa. Dzięki temu można jednocześnie występować w roli buntownika rzucającego wyzwanie instytucjom i ofiary bezwzględnego systemu.
Ta strategia może być politycznie skuteczna, ale jest destrukcyjna dla szacunku wobec państwa. Jeżeli każdy uczestnik rozprawy uzna, że jego „sprzeciw” daje mu prawo do zakłócania czynności sądu, żadnego postępowania nie da się normalnie prowadzić. Autorytet sądu nie polega na tym, że sędzia ma zawsze rację, lecz na tym, że istnieją procedury pozwalające jego decyzje kwestionować bez zamieniania sali rozpraw w uliczną demonstrację.
Bąkiewicz nie musi siedzieć cicho w życiu publicznym i nikt mu tego nie odbiera. Powinien jednak zaakceptować, że nawet najbardziej wojowniczy polityczny aktywista po wejściu na salę sądową podlega tym samym regułom co każdy inny obywatel. To nie represja ani „tresura”, lecz jedna z najbardziej elementarnych zasad państwa prawa.










