Marcin Romanowski i jego obrońcy od miesięcy próbują przedstawiać sprawę byłego wiceministra sprawiedliwości jako historię politycznego prześladowania człowieka dawnej władzy. Najnowsza decyzja Sądu Okręgowego w Warszawie bardzo źle pasuje do tej narracji. Europejski nakaz aresztowania pozostaje w mocy, a sąd nie tylko odrzucił wniosek obrony o jego uchylenie, lecz w wyjątkowo jednoznacznych słowach ocenił zachowanie poszukiwanego polityka.
W komunikacie sądu znalazło się stwierdzenie, które dla Romanowskiego powinno być szczególnie dotkliwe. „Postawa ściganego, podjęte przez niego działania w sposób niewątpliwy wskazują na próby utrudniania i destabilizacji postępowania karnego” – stwierdził sąd. Trudno sprowadzić te słowa do politycznej publicystyki czy wypowiedzi przeciwnika dawnego obozu władzy. To ocena sądu dotycząca zachowania człowieka, który jeszcze niedawno był wiceministrem sprawiedliwości.
I właśnie w tym tkwi ponura ironia całej historii. Romanowski współkierował resortem, którego przedstawiciele przez lata przekonywali Polaków o potrzebie bezwzględnego egzekwowania prawa, skutecznego ścigania przestępców i wzmacniania państwa. Dziś sam jest poszukiwany, a jego obrona wykorzystuje kolejne instrumenty proceduralne, aby podważać działania zmierzające do postawienia go przed wymiarem sprawiedliwości. Człowiek współodpowiedzialny za funkcjonowanie aparatu sprawiedliwości zachowuje się tak, jakby obowiązek stawienia się przed polskim sądem dotyczył wszystkich poza nim.
Sąd nie podzielił również argumentacji dotyczącej miejsca pobytu Romanowskiego. ENA można byłoby uchylić, gdyby wykazano, że poszukiwany nie znajduje się na terytorium Unii Europejskiej. Takiego jednoznacznego dowodu jednak nie przedstawiono. Co więcej, sąd uznał, że negatywne rezultaty poszukiwań wskazują na możliwość wykorzystywania przez Romanowskiego swobody przemieszczania się w strefie Schengen.
Obrona próbowała dodatkowo wciągnąć do sprawy Donalda Tuska, domagając się przesłuchania premiera w związku z jego wypowiedzią, że Romanowski „na 99 proc.” znajduje się w Tyraspolu w Naddniestrzu. Sąd pozostawił ten wniosek bez dalszego biegu. To także pokazuje słabość przyjętej strategii: zamiast doprowadzić do sytuacji, w której Romanowski staje przed organami państwa i odpiera zarzuty, spór przenoszony jest na kolejne proceduralne boczne tory.
Waldemar Żurek skomentował decyzję bez szczególnej dyplomacji. „Europejski Nakaz Aresztowania wobec Marcina Romanowskiego w mocy – sąd nie uwzględnił wniosków obrony. To by było na tyle z procesowego teatru i prób ucieczki przed odpowiedzialnością za miliony z Funduszu Sprawiedliwości” – napisał minister sprawiedliwości i prokurator generalny. Żurek jest politycznym przeciwnikiem środowiska Romanowskiego, ale trudno nie zauważyć, że sama decyzja sądu wzmacnia jego argumentację.
Trzeba jednocześnie pamiętać o rzeczy podstawowej: Romanowski jest podejrzanym, a nie prawomocnie skazanym. Prokuratura zarzuca mu między innymi udział w zorganizowanej grupie przestępczej oraz nieprawidłowości przy konkursach finansowanych z Funduszu Sprawiedliwości. O jego winie może zdecydować dopiero niezależny sąd po przeprowadzeniu procesu.
Tyle że właśnie przed takim procesem Romanowski nie powinien uciekać. Jeśli uważa zarzuty za sfabrykowane, ma najlepszy możliwy sposób, aby tego dowodzić: wrócić, stanąć przed sądem, odpowiadać na pytania prokuratury i przedstawić własne dowody. Im dłużej pozostaje poza zasięgiem polskich organów ścigania, tym mniej przekonująco brzmi opowieść o niewinnym polityku walczącym z prześladowaniem.
Były wiceminister sprawiedliwości powinien szczególnie dobrze rozumieć prostą zasadę państwa prawa. Przed zarzutami broni się na sali sądowej, a nie poprzez skuteczne unikanie spotkania z wymiarem sprawiedliwości. Dzisiejsza sytuacja Romanowskiego jest więc nie tylko politycznie kompromitująca, lecz także symboliczna: człowiek dawnego kierownictwa resortu sprawiedliwości sam stał się przykładem tego, jak bardzo można nie ufać instytucjom, którymi jeszcze niedawno chciało się rządzić.










