Miało być nowocześnie, młodzieżowo i bez sztywnego prezydenckiego ceremoniału. Karol Nawrocki miał otworzyć rezydencję w Juracie dla młodych Polaków, rozmawiać z nimi o kraju i pokazać, że Pałac Prezydencki potrafi przemawiać językiem nowego pokolenia. Skończyło się na czymś zupełnie innym.
Jeszcze zanim wydarzenie na dobre się rozpoczęło, jego głównym bohaterem zamiast prezydenta został Skolim, a przeciwko jego występowi zaprotestowała Państwowa Komisja do spraw przeciwdziałania wykorzystaniu seksualnemu małoletnich. Trudno o bardziej widowiskową wpadkę.
Sama idea wydarzenia była całkiem rozsądna. „Po raz pierwszy w historii Rezydencja Prezydenta RP w Juracie zostanie otwarta dla młodego pokolenia Polaków” – zapowiadała z dumą Kancelaria Prezydenta. W programie znalazły się rozmowy z Nawrockim „o Polsce”, debaty oraz koncerty. I właśnie przy układaniu części muzycznej ktoś najwyraźniej przestał się zastanawiać, czym różni się impreza organizowana przez głowę państwa od przypadkowego festynu.
Zaproszono bowiem Skolima.
Nie chodzi przy tym o prowadzenie krucjaty przeciwko disco polo ani rozstrzyganie, czego ludzie powinni słuchać we własnych samochodach, klubach czy na wakacyjnych imprezach. Skolim może nagrywać, co chce, a jego publiczność może tego słuchać. Problem zaczyna się wtedy, gdy artystę świadomie wybiera Kancelaria Prezydenta na wydarzenie poświęcone młodzieży i organizowane pod patronatem najwyższego urzędu w państwie.
Państwowa komisja ds. pedofilii nie pozostawiła większych wątpliwości, jak ocenia ten pomysł. Skolima określiła jako artystę „znanego z treści niezwykle wulgarnych, redukujących dziewczęta do roli obiektów seksualnych”. Sam fakt zaproszenia go na wydarzenie poświęcone dzieciom i młodzieży uznała za „wyjątkowo niefortunny”.
To wyjątkowo łagodne określenie.
Bo mamy do czynienia z sytuacją niemal groteskową. Prezydent państwa zaprasza młodzież, aby rozmawiać z nią o Polsce, odpowiedzialności i przyszłości, a równocześnie jego kancelaria proponuje jako jedną z atrakcji wykonawcę, którego twórczość oficjalny państwowy organ uznaje za seksualizującą i uprzedmiotawiającą dziewczęta.
Czy naprawdę nikt w Kancelarii Prezydenta nie dostrzegł tego problemu wcześniej?
Bardzo celnie ujęli go rodzice protestujący przeciwko koncertowi. „Czy naprawdę chcemy, żeby takie treści były częścią tego, co nasze państwo przedstawia młodemu pokoleniu jako kulturę podczas wydarzenia organizowanego przez prezydenta RP?” – pytali w apelu skierowanym do Nawrockiego.
I właśnie na to pytanie powinien odpowiedzieć prezydent.
Nawrocki lubi przedstawiać się jako polityk stojący po stronie tradycyjnych wartości. Środowisko polityczne, z którego się wywodzi i które wyniosło go do Pałacu Prezydenckiego, przez lata opowiadało o ochronie dzieci, rodzinie, odpowiedzialności za kulturę i konieczności przeciwstawiania się seksualizacji młodzieży. Tym bardziej zdumiewające jest, że kiedy przyszło do organizacji własnego wydarzenia, wszystkie te wielkie deklaracje zderzyły się z banalną potrzebą urządzenia atrakcyjnego koncertu.
I przegrały.
To pokazuje również coś niepokojącego o sposobie funkcjonowania obecnej prezydentury. Kancelaria chciała prawdopodobnie wykonać prosty ruch marketingowy: skoro przyjeżdżają młodzi, trzeba zaprosić kogoś popularnego wśród młodych. Tyle że prezydentura nie jest agencją eventową. Prezydent nie musi gonić za zasięgami na TikToku ani udowadniać, że zna wykonawców zdobywających miliony odsłon. Powinien natomiast wiedzieć, że patronat głowy państwa nadaje wydarzeniu szczególną rangę.
Najbardziej kompromitujące jest to, że całej awantury można było uniknąć niezwykle łatwo. Wystarczyło odrobinę politycznego wyczucia i elementarna weryfikacja repertuaru zaproszonych wykonawców. Tymczasem potrzebny był protest rodziców, artystów, dziennikarzy i wreszcie państwowej komisji, żeby ktoś zadał oczywiste pytanie: czy to naprawdę odpowiedni artysta na spotkanie prezydenta Rzeczypospolitej z młodzieżą?
Karol Nawrocki chciał pokazać prezydenturę otwartą na młodych. Pokazał przede wszystkim, że między powagą urzędu a jego promocyjną otoczką powstała niebezpiecznie duża przepaść.
A Skolim stał się tylko wyjątkowo widowiskowym symbolem tej wpadki.











