Kacper Płażyński dokonał właśnie odkrycia, które powinno przejść do podręczników politycznej autorefleksji. Prawo i Sprawiedliwość zaczęło poprawiać swoje notowania, ponieważ… z jego otoczenia zniknęli ludzie związani z Mateuszem Morawieckim. Nie dlatego, że partia popełniała błędy, nie dlatego, że przez osiem lat rządów zużyła gigantyczny kapitał społecznego zaufania i nie dlatego, że Polacy mieli dość afer, konfliktów i partyjnej propagandy. Winni okazali się ci, którzy – jak to ujął poseł – „wstrzymywali naszą kampanię”.
„Nie ma już ludzi, którzy wstrzymywali naszą kampanię. W trakcie kampanii mówili rzeczy, które nie były uzgodnione z kierownictwem albo przedstawiali inne tezy niż te, które były ustalone” – powiedział Płażyński w Telewizji wPolsce24, odnosząc się do odejścia polityków Rozwoju Plus Mateusza Morawieckiego. To zdanie jest znacznie ciekawsze, niż zapewne zamierzał jego autor, bo mówi o sposobie funkcjonowania PiS więcej niż długa analiza politologiczna.
Płażyński nie zarzuca przecież tym ludziom, że kłamali, kompromitowali partię albo działali na jej szkodę. Problem polegał na tym, że „mówili rzeczy, które nie były uzgodnione z kierownictwem”. Trudno o bardziej lapidarny opis partyjnej mentalności: kierownictwo ustala tezy, a politycy mają je powtarzać. Jeśli ktoś przedstawia „inne tezy”, najwyraźniej staje się przeszkodą, której usunięcie można później przedstawiać jako jeden z powodów sondażowego odbicia.
Jeszcze ciekawiej robi się, kiedy Płażyński zaczyna pouczać przeciwników w kwestii pluralizmu. Telewizja wPolsce24 nie została wpuszczona na Campus Polska, więc poseł PiS natychmiast ogłosił, że impreza jest „festiwalem hipokryzji”. „Z jednej strony mówią o otwartości, a z drugiej nie chcą zapraszać tych, którzy nie baliby się zadawać trudnych pytań” – stwierdził.
Można oczywiście dyskutować o tym, czy organizatorzy Campusu powinni akredytować tę stację. Tyle że Płażyński zaledwie chwilę wcześniej z satysfakcją opowiadał o zniknięciu z własnego obozu ludzi, którzy ośmielali się przedstawiać poglądy inne niż „ustalone”. Od przeciwników wymaga więc otwartości na niewygodne pytania, natomiast we własnej partii najwyraźniej ceni przede wszystkim dyscyplinę przekazu. Hipokryzji rzeczywiście nie trzeba daleko szukać.
Podobną konstrukcję widać w jego porównaniu Campusu Polska ze spotkaniem Karola Nawrockiego w Juracie. W przypadku Rafała Trzaskowskiego Płażyński dostrzega „budowanie formacji lewicowo-liberalnych”, ale kiedy wydarzenie dla młodzieży organizuje prezydent związany z prawicą, wszystko natychmiast staje się naturalne. „Prezydent Karol Nawrocki tworzy spotkanie formacyjne dla bardziej konserwatywnych kręgów młodzieżowych. To jest zupełnie normalne” – oznajmia poseł PiS.
A zatem spotkanie formacyjne konserwatywnej młodzieży jest „zupełnie normalne”, natomiast formowanie młodzieży liberalnej zasługuje na podejrzliwość. Mechanizm jest banalny: kiedy robią to nasi, mamy obywatelską aktywność; kiedy robią to przeciwnicy, mamy polityczną indoktrynację. Płażyński nie dostrzega nawet komizmu tej argumentacji, choć sam dostarcza niemal podręcznikowego przykładu podwójnych standardów.
Na koniec pojawia się służba zdrowia. „Pieniędzy nie ma na najbardziej podstawowe badania medyczne” – mówi Płażyński, zestawiając problemy pacjentów z finansowaniem Campusu przez samorządy. To chwyt emocjonalnie skuteczny, ale intelektualnie wyjątkowo tani. W ten sposób można zakwestionować właściwie każdy publiczny wydatek: koncert, muzeum, festiwal, promocję miasta, stadion czy miejskie obchody, bo zawsze będzie można powiedzieć, że za te pieniądze dałoby się wykonać ileś badań.
„Campus Polska, Rafał Trzaskowski, VIP-room w Szpitalu Południowym, szczyt żenady” – podsumował Płażyński. Być może jednak prawdziwy problem leży gdzie indziej: w polityce, w której własne spotkanie młodzieżowe jest dobre, cudze złe; własne „formowanie” młodych jest normalne, cudze podejrzane; pluralizmu trzeba wymagać od przeciwników, ale we własnej partii najlepiej mówić wyłącznie to, co wcześniej uzgodniono z kierownictwem.
Najbardziej kompromitujące dla Płażyńskiego pozostają więc jego własne słowa. Polityk PiS chciał zaatakować Campus i ludzi Morawieckiego, a przy okazji niechcący opowiedział bardzo wiele o swojej partii. Jeśli w PiS naprawdę uważa się samodzielne wypowiedzi polityków za przeszkodę, którą trzeba usunąć, problem tej partii jest znacznie poważniejszy niż kilka punktów procentowych w sondażach. Jest nim przekonanie, że lojalność wobec kierownictwa jest ważniejsza od samodzielnego myślenia.











