Donald Tusk od dawna powtarza, że największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa Polski nie są polityczne awantury produkowane każdego dnia na użytek krajowej publiczności, lecz Rosja. Można spierać się z premierem o podatki, politykę społeczną czy tempo reform państwa. W jednej sprawie trudno jednak odmówić mu konsekwencji: od lat przestrzega przed imperialną polityką Kremla. Dziś jego ostrzeżenia brzmią jeszcze poważniej. „Najbliższe pół roku będzie rozstrzygające” – mówi szef polskiego rządu.
Nie jest to zdanie rzucone przypadkiem. Wizyta szefa CIA Johna Ratcliffe’a w Moskwie, dokąd przyleciał amerykańskim wojskowym C-17, jest wydarzeniem wystarczająco niezwykłym, aby potraktować je jako sygnał alarmowy. Podobną misję odbył w 2021 roku ówczesny dyrektor CIA Bill Burns. Wtedy Waszyngton próbował uświadomić Kremlowi, że zna rosyjskie plany wobec Ukrainy. Kilka miesięcy później rozpoczęła się pełnoskalowa inwazja.
Tusk nie twierdzi, że historia musi powtórzyć się według identycznego scenariusza. Twierdzi coś znacznie rozsądniejszego: Polska nie może sobie pozwolić na luksus ignorowania sygnałów ostrzegawczych.
„Dzisiaj już nikt nie ma wątpliwości” – mówił podczas Campusu Polska Przyszłości. Według premiera Rosja „szykuje się bardzo poważnie do eskalacji napięcia, zarówno w wojnie z Ukrainą, jak i w całym regionie”. Szczególnie niepokojące są informacje dotyczące możliwości mobilizacji kolejnych setek tysięcy ludzi. „W dość obiektywnych ocenach różnych służb Rosjanie chcą zmobilizować 600 tys. żołnierzy” – powiedział Tusk, dodając trzeźwo, że „oni mają być zmobilizowani nie dla akcji pokojowych”.
Właśnie tak powinien mówić premier kraju położonego tam, gdzie położona jest Polska. Bez paniki, ale również bez usypiania społeczeństwa opowieściami, że wszystko jakoś się ułoży.
Tusk po rozmowie z sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte potwierdził, że sytuacja staje się coraz poważniejsza. „Tak, jak ostrzegałem, eskalacja ze strony Rosji postępuje” – napisał. I wskazał rzecz fundamentalną: Ukraina potrzebuje większego wsparcia w powietrzu, ponieważ jej zdolność do obrony nie jest wyłącznie problemem Kijowa. „To zadanie dla całej Europy” – podkreślił.
To nie jest slogan o solidarności. To chłodna kalkulacja polskiego interesu.
Każdy rosyjski samolot, pocisk czy dron zniszczony nad Ukrainą nie doleci dalej na zachód. Każda rosyjska brygada związana walkami na froncie ukraińskim jest brygadą, której Kreml nie może wykorzystać gdzie indziej. Dlatego pomoc dla Ukrainy nie jest działalnością charytatywną ani gestem wynikającym wyłącznie ze współczucia. Jest jednym z najtańszych sposobów wzmacniania bezpieczeństwa Polski.
Najważniejsze w wypowiedziach Tuska jest jednak zdanie, którego nie wolno sprowadzać do kolejnej politycznej przepychanki: „Nie możemy wykluczyć prowokacji ze strony Rosji wobec któregoś z członków NATO”.
Prowokacja nie musi oznaczać rosyjskich czołgów przekraczających granicę. Może oznaczać naruszenie przestrzeni powietrznej, działania na Bałtyku, sabotaż infrastruktury, cyberatak albo operację przygotowaną tak, by przez pierwsze godziny trudno było ustalić jej sprawcę. Właśnie na takich działaniach Rosja budowała przez lata swoją strategię presji wobec Zachodu.
Dlatego Tusk ma rację, gdy zamiast uspokajać na siłę, mówi o konieczności przygotowania Polski i NATO „na różne scenariusze”. Zadaniem odpowiedzialnego premiera nie jest zapewnianie obywateli, że nic się nie wydarzy. Jego zadaniem jest zrobić wszystko, aby państwo było przygotowane, gdyby wydarzyło się coś złego.
Przez ostatnie lata Europa boleśnie przekonała się, ile kosztuje wiara, że Putin jednak się zatrzyma. Polska nie powinna drugi raz popełnić tego samego błędu. Jeśli nadchodzące miesiące rzeczywiście będą rozstrzygające, lepiej potraktować ostrzeżenie Tuska zbyt poważnie niż po raz kolejny przekonać się, że Kreml został zlekceważony.











