Marcin Romanowski miał być jednym z bohaterów wielkiej opowieści PiS o „politycznych prześladowaniach”. Były wiceminister sprawiedliwości miał symbolizować rzekome bezprawie nowych władz, zemstę Donalda Tuska i rozprawę z opozycją. Problem polega na tym, że Polacy najwyraźniej nie chcą uczestniczyć w tym przedstawieniu. Najnowszy sondaż United Surveys by IBRiS pokazuje, że znacznie więcej osób widzi w zachowaniu Romanowskiego nie heroizm, lecz coś zdecydowanie bardziej przyziemnego: unikanie polskiego wymiaru sprawiedliwości.
Liczby są dla Romanowskiego druzgocące. Jego postawę negatywnie ocenia 67,4 proc. badanych, przy czym aż 42,7 proc. wybiera odpowiedź „zdecydowanie negatywnie”. Pozytywną ocenę wystawia mu zaledwie 15,2 proc. respondentów. Trudno więc utrzymywać, że społeczeństwo masowo uwierzyło w kreowany przez prawicę obraz politycznego uchodźcy, który musiał ratować się przed państwem Donalda Tuska.
Romanowski ma oczywiście prawo kwestionować stawiane mu zarzuty i uważać postępowanie organów ścigania za motywowane politycznie. W państwie prawa istnieje jednak miejsce przeznaczone właśnie do rozstrzygania takich sporów i nazywa się ono sądem. Tam można podważać dowody, przesłuchiwać świadków, kwestionować działania prokuratury i dowodzić swojej niewinności. Romanowski zamiast tej drogi wybrał pozostawanie poza zasięgiem polskiego wymiaru sprawiedliwości, a następnie próbę przedstawienia tego jako moralnego zwycięstwa.
To właśnie tutaj cała historia zaczyna przypominać polityczny kabaret. Przez osiem lat rządów PiS politycy tego obozu uwielbiali mówić o silnym państwie, nieuchronności kary, szacunku dla instytucji i konieczności podporządkowania się prawu. Kiedy jednak wymiar sprawiedliwości zainteresował się przedstawicielem ich własnego środowiska, nagle okazało się, że zaufanie do państwa ma swoje granice. Najwyraźniej kończy się ono dokładnie tam, gdzie zaczynają się osobiste problemy polityków dawnej władzy.
Jeszcze bardziej bolesne dla Romanowskiego powinny być wyniki wśród wyborców opozycji. Negatywnie jego postawę ocenia 50 proc. tej grupy, obejmującej w badaniu sympatyków PiS, obu Konfederacji oraz Razem. A więc nawet polityczny podział Polski nie wystarczył, żeby uczynić z Romanowskiego powszechnie akceptowanego bohatera własnego obozu. Część wyborców opozycyjnych najwyraźniej zachowała bardzo prostą intuicję: człowiek przekonany o swojej niewinności powinien jej dowodzić przed sądem.
Sprawa staje się jeszcze bardziej kłopotliwa dla PiS, gdy badanych zapytano o odpowiedzialność polityczną. Aż 54,2 proc. respondentów uważa, że zachowanie Romanowskiego obciąża Prawo i Sprawiedliwość, a przeciwnego zdania jest 29,9 proc. To bardzo niewygodny wynik dla partii, która próbowała uczynić z problemów swoich dawnych urzędników dowód na prześladowanie opozycji. Wyborcy zaczynają najwyraźniej wystawiać rachunek nie tylko konkretnym osobom, lecz także formacji, która przez lata dawała im polityczne zaplecze.
PiS może oczywiście nadal opowiadać o zemście Tuska i politycznej prokuraturze. Może przedstawiać Romanowskiego jako ofiarę, organizować konferencje i przekonywać własnych wyborców, że wszystko jest częścią gigantycznego planu rozprawy z prawicą. Tyle że im dłużej Romanowski pozostaje poza zasięgiem polskiego sądu, tym trudniej będzie odpowiedzieć na banalne pytanie: skoro zarzuty są całkowicie bezpodstawne, dlaczego nie obalić ich tam, gdzie powinny zostać rozstrzygnięte?
W tym sensie Romanowski stał się dla PiS politycznym ciężarem niemal idealnym. Nie tylko sam musi tłumaczyć, dlaczego nie chce stanąć przed polskim wymiarem sprawiedliwości, ale zmusza do tych tłumaczeń cały swój dawny obóz. Partia, która przez lata chciała uchodzić za bezkompromisowego strażnika prawa i porządku, znalazła się w groteskowej sytuacji obrońcy polityka pozostającego za granicą.
Romanowski chciał być dowodem na bezprawie rządów Tuska, ale sondaż pokazuje, że ta operacja propagandowa zwyczajnie się nie udała. Dla większości badanych nie jest symbolem oporu przeciwko prześladowaniom, lecz politykiem, którego zachowanie oceniają negatywnie. I właśnie ten prosty fakt może okazać się dla niego oraz PiS znacznie bardziej dotkliwy niż najbardziej agresywne wystąpienie politycznego przeciwnika.











