Jarosław Kaczyński ma problem, który dla lidera partii zbudowanej na dyscyplinie i pełnej kontroli jest szczególnie niewygodny. Oto człowiek przez lata będący jednym z jego bliskich współpracowników jedzie na Ibizę, spotyka się z szefem Zondacrypto, a prezes zapewnia dziś, że „nie miał zielonego pojęcia” o całej sprawie. To tłumaczenie może być prawdziwe, ale politycznie brzmi fatalnie. Bo jeśli Kaczyński rzeczywiście nic nie wiedział, to znaczy, że nie panował nad własnym otoczeniem. A jeśli wiedział mniej, niż powinien, to tym bardziej trudno utrzymywać mit o partii kontrolowanej z Nowogrodzkiej niemal co do przecinka.
Najbardziej charakterystyczne jest jednak to, co dzieje się teraz. Kaczyński zapowiada „specjalną naradę w partii” i deklaruje, że „ten problem u siebie rozwiążemy”. Brzmi to jak próba odzyskania inicjatywy, ale zarazem przypomina stary pisowski odruch: kiedy pojawia się kryzys, partia najchętniej bada samą siebie, wyjaśnia samą siebie i sama wyciąga wobec siebie konsekwencje. Tymczasem sprawa nie dotyczy wewnętrznego konfliktu personalnego, lecz kontaktów polityków z biznesem i działań legislacyjnych. To powinno interesować przede wszystkim opinię publiczną i odpowiednie instytucje państwa.
Kaczyński próbuje przy tym bronić Michała Moskala, wskazując, że po powrocie z Ibizy miał on wprowadzać poprawki „bardzo niedobre” dla Krala, bo tworzące podstawy dla konkurencji. To może być ważny argument, ale nie zamyka sprawy. Sam fakt, że poseł spotkał się z biznesmenem, a potem zajmował się legislacją dotyczącą tej samej branży, wymaga przejrzystości. Nie wystarczy powiedzieć, że poprawki były dla przedsiębiorcy niekorzystne. Trzeba pokazać pełny kontekst, chronologię i motywacje.
Jeszcze bardziej wymowne jest zdanie prezesa: „Zostanie ona wyjaśniona do końca”. Polacy słyszeli już wiele podobnych deklaracji przy okazji różnych afer. Problem polega na tym, że samo zapewnienie o wyjaśnianiu nie jest żadnym dowodem przejrzystości. Liczy się to, kto wyjaśnia, na jakiej podstawie, z dostępem do jakich dokumentów i czy wyniki będą publiczne.
Kaczyński dodaje także, że „trzeba wyjaśnić”, kto tolerował zjawiska związane z branżą kryptowalutową i kto miał z tego profity. To ruch dobrze znany z jego politycznego repertuaru. Zamiast zatrzymać uwagę na własnym obozie, natychmiast rozszerza pole oskarżeń i sugeruje, że problem leży także gdzie indziej. Być może tak jest. Tyle że cudze winy nie anulują pytań o własnych ludzi.
PiS przez lata budowało przekaz o państwie silnym, lojalnym i hierarchicznym. Każdy wiedział, kto podejmuje decyzje, a prezes był przedstawiany jako polityk mający pełny ogląd sytuacji. Dziś Kaczyński mówi, że nie wiedział o ważnym wyjeździe swojego wieloletniego współpracownika i dopiero po medialnych publikacjach zwołuje partyjną naradę. Trudno o bardziej symboliczny obraz utraty kontroli.
Właśnie dlatego ta sprawa jest dla PiS tak niewygodna. Nie chodzi już tylko o Moskala, Krala czy Ibizę. Chodzi o wiarygodność całego modelu przywództwa, który Kaczyński budował przez dekady. Jeżeli najbliżsi ludzie robią rzeczy, o których prezes „nie ma zielonego pojęcia”, to jego słynna kontrola okazuje się znacznie bardziej krucha, niż partia chciałaby przyznać.
A specjalna narada może być początkiem wyjaśnień. Może też być kolejną próbą zamknięcia kryzysu we własnym gronie. Dla PiS problem polega na tym, że tym razem opinia publiczna może nie zadowolić się partyjnym komunikatem, że wszystko zostało sprawdzone i wszystko jest w porządku.











