Karol Nawrocki coraz wyraźniej traktuje prezydenturę nie jako urząd mający stabilizować państwo, lecz jako instrument politycznej wojny z rządem. Kolejne weta przestają wyglądać jak wyjątkowe użycie konstytucyjnego uprawnienia, a zaczynają przypominać metodę sprawowania urzędu. Joanna Szczepkowska ujęła to ostro, ale celnie: „To, co Nawrocki wyprawia z naszym rządem za pomocą nieustannych wet, to jest wojna. Inaczej już nie da się tego nazwać”.
Spór o państwowy e-dziennik dobrze pokazuje ten problem. Ustawa miała stworzyć podstawę dla bezpłatnego systemu, który w pilotażu mógłby stać się alternatywą dla komercyjnych rozwiązań używanych dziś przez szkoły. Prezydent zawetował projekt, wskazując między innymi na kwestie kosztów, bezpieczeństwa danych i organizacji wdrożenia. Te argumenty można analizować i nie ma powodu udawać, że każda rządowa propozycja jest z definicji doskonała. Problem zaczyna się wtedy, gdy każde rozwiązanie przychodzące z rządu jest traktowane przede wszystkim jako kolejna okazja do politycznego zwarcia.
Szczepkowska zwraca uwagę na coś, co w sporze o sam e-dziennik łatwo zgubić. „Wojna, jaką prowadzi Nawrocki, jest całkowicie sprzeczna z celem, dla którego jest w RP powoływany prezydent” – napisała. Jej zdaniem Nawrocki zamiast być gwarantem ciągłości państwa „zamierza blokować jego działania”. To bardzo mocna diagnoza, ale trudno ją zlekceważyć, jeżeli spojrzy się na prezydenturę wyłącznie przez pryzmat kolejnych konfliktów i kolejnych wet.
Szczepkowska używa nawet historycznego porównania, pisząc, że Nawrocki „stosuje liberum veto”. Oczywiście współczesne weto prezydenckie nie ma nic wspólnego z mechanizmem ustrojowym dawnej Rzeczypospolitej. Jako metafora polityczna porównanie jednak działa. Pokazuje sytuację, w której możliwość blokowania przestaje być zabezpieczeniem systemu, a zaczyna stawać się celem samym w sobie.
Warto też zauważyć, że Szczepkowska nie twierdzi, iż rząd jest nieomylny. Przeciwnie, pisze wprost: „Czy rząd jest nieomylny i nie popełnia błędów? Z całą pewnością byłoby się do czego przyczepić”. To ważne, bo pozwala odrzucić najłatwiejszy zarzut pod jej adresem, że każde działanie gabinetu Donalda Tuska popiera automatycznie. Jej argument jest inny: państwem nie da się skutecznie zarządzać, jeżeli jeden z najważniejszych organów władzy uznaje blokowanie drugiego za podstawową metodę działania.
Jeszcze ostrzej brzmi jej stwierdzenie, że „celem jest po prostu blokada państwa”. Tego oczywiście nie da się udowodnić samą liczbą wet, bo prezydent ma pełne prawo odrzucać ustawy, które uważa za złe. Polityczna ocena musi jednak uwzględniać wzorzec zachowania. Jeśli kolejne decyzje konsekwentnie prowadzą do utrudniania realizacji programu większości parlamentarnej, pytanie o motywację jest całkowicie zasadne.
W przypadku e-dziennika szczególnie trudno zrozumieć, dlaczego zamiast pozwolić na pilotaż, testowanie i poprawianie systemu wybrano najprostsze rozwiązanie: zatrzymać projekt. Szczepkowska słusznie przypomina, że „testy mają to do siebie”, iż pozwalają sprawdzić rozwiązanie przed jego powszechnym wdrożeniem. Można było obserwować efekty, wyciągać wnioski, a w razie problemów zmieniać przepisy.
Nawrocki wybiera jednak politykę efektownego „nie”. To wygodne, bo każde weto można przedstawić własnemu elektoratowi jako kolejny dowód niezłomności wobec rządu. Tyle że państwo nie jest areną, na której prezydent ma zdobywać punkty za kolejne blokady. Obywatele oczekują przede wszystkim, że instytucje będą ze sobą współpracować tam, gdzie jest to możliwe.
Dlatego w sporze o metodę sprawowania prezydentury Szczepkowska trafia w sedno. Prezydent ma prawo wetować, ale nie powinien budować całej swojej politycznej tożsamości na wetowaniu. Jeśli każde „nie” staje się demonstracją siły, w końcu przestaje być narzędziem kontroli, a zaczyna być narzędziem paraliżu.











