Mateusz Morawiecki najwyraźniej uznał, że najlepszą obroną w sprawie Zondacrypto będzie atak. Były premier domaga się komisji śledczej, pyta, co wiedział Donald Tusk, kiedy się dowiedział i dlaczego służby państwa nie ostrzegły obywateli. Problem polega na tym, że tę efektowną konstrukcję jednym wpisem podważył Radosław Sikorski. „Ostrzegały, ostrzegały” – odpowiedział wicepremier, przypominając zarazem, że politycy PiS głosowali przeciwko objęciu Zondacrypto nadzorem Komisji Nadzoru Finansowego.
Morawiecki próbuje ustawić całą sprawę tak, jakby jej głównym bohaterem był rząd Donalda Tuska. „Dlaczego służby specjalne obecnego rządu, premiera Tuska, wiedząc o tej aferze, nic nie zrobiły, żeby przestrzec ludzi?” – pytał w RMF FM. Poszedł nawet dalej, zastanawiając się publicznie, „czy był może ktoś, kto powstrzymywał służby specjalne” przed ostrzeganiem obywateli. Sugestia jest oczywista: być może ktoś w obecnej władzy wiedział, lecz z jakiegoś powodu nie reagował.
Tyle że Sikorski odpowiedział bardzo konkretnie. „Ostrzegały, ostrzegały. Ustami premiera i koordynatora Tomasza Siemoniaka. Publicznie i na niejawnym posiedzeniu Sejmu” – napisał. Jeżeli tak było, pytanie Morawieckiego o brak ostrzeżeń staje się co najmniej osobliwe. Jeszcze bardziej niewygodne jest drugie zdanie szefa MSZ: „A wy i tak głosowaliście przeciwko ustanowieniu nadzoru KNF nad Zondacrypto”.
I właśnie tutaj były premier powinien zacząć odpowiadać, zamiast zadawać kolejne pytania.
Bo jeżeli politycy zostali poinformowani o zagrożeniach, a mimo to sprzeciwiali się rozwiązaniom mającym zwiększyć nadzór państwa nad rynkiem kryptowalut, opinia publiczna ma prawo wiedzieć dlaczego. Można oczywiście uważać konkretną ustawę za wadliwą. Można twierdzić, że zaproponowane regulacje były zbyt daleko idące albo źle napisane. Trzeba jednak wtedy przedstawić własne rozwiązanie i wytłumaczyć własne głosowanie, a nie zachowywać się tak, jakby wcześniejszych ostrzeżeń nigdy nie było.
Sprawa jest tym bardziej niewygodna dla PiS, że w tle pojawiają się kontakty ludzi związanych z partią z Przemysławem Kralem. Według ustaleń TVN24 i Wirtualnej Polski Michał Moskal spotkał się z nim na Ibizie. W spotkaniu uczestniczył także były funkcjonariusz CBA Artur Chodziński, który przez wiele miesięcy pracował dla Krala i miał przy rezerwacji opłacić przelot oraz nocleg polityka PiS.
Moskal zapewnia, że spotkanie było jednorazowe i że „nie przyjęliśmy od nich ani złotówki”. To ważne oświadczenie, ale nie usuwa wszystkich wątpliwości. W sprawie kontaktów polityków z biznesem pytanie nie brzmi przecież wyłącznie: kto komu wręczył pieniądze? Równie ważne jest to, kto z kim rozmawiał, w jakim celu, kto finansował podróże oraz jakie działania polityczne i legislacyjne następowały później.
Dlatego pomysł Morawieckiego dotyczący komisji śledczej może ostatecznie okazać się interesujący również dla jego własnego środowiska. „Chcemy wyjaśnienia wszystkiego. Co który polityk robił” – deklaruje były premier. Bardzo dobrze. Jeśli naprawdę wszystkiego, to komisja powinna zainteresować się także zachowaniem polityków PiS, ich wiedzą o ostrzeżeniach służb, głosowaniami dotyczącymi nadzoru oraz kontaktami ludzi związanych z partią z przedstawicielami branży.
Najbardziej celne w odpowiedzi Sikorskiego jest więc nie pierwsze, lecz ostatnie zdanie: „Teraz już wiemy dlaczego”. To polityczna szpila, a nie dowód czegokolwiek, dlatego nie należy traktować jej jako rozstrzygnięcia sprawy. Pokazuje jednak, jak niebezpieczną grę rozpoczął Morawiecki. Domagając się odpowiedzi na pytanie, kto co wiedział i kiedy, może doprowadzić do sytuacji, w której dokładnie te same pytania zostaną zadane jego dawnemu obozowi.
PiS przez lata znakomicie opanowało metodę odpowiadania na własne problemy oskarżeniami wobec przeciwników. Tym razem może być trudniej. Jeżeli Morawiecki naprawdę chce „wyjaśnienia wszystkiego”, powinien poprzeć wyjaśnienie bez wyjątków i bez partyjnej taryfy ulgowej. Także wtedy, gdy odpowiedzi okażą się niewygodne nie dla Tuska, lecz dla ludzi, z którymi sam przez lata rządził.











