Afera Zondacrypto przestała być dla prawej strony polskiej polityki tylko problemem wizerunkowym. Stała się czymś znacznie groźniejszym: detonatorem, który uruchomił wszystkie skrywane dotąd konflikty. PiS i środowisko Mateusza Morawieckiego nie próbują już nawet zachowywać pozorów jedności. Padają oskarżenia o nielojalność, działanie na rzecz Donalda Tuska i rozbijanie obozu. To nie jest już zwykła różnica zdań. To otwarta wojna o przywództwo, wpływy i odpowiedzialność za to, co wydarzyło się wokół Zondacrypto.
Mariusz Błaszczak mówi dziś o Morawieckim językiem zarezerwowanym dotąd dla politycznych przeciwników. „Mateusz Morawiecki, jego grupa próbuje właśnie zablokować ten wybór. Dlaczego to robią? Dlaczego działają na rzecz Donalda Tuska i koalicji rządzącej?” – pyta. To bardzo charakterystyczny sposób myślenia dla PiS. Jeśli ktoś nie podporządkowuje się decyzjom Jarosława Kaczyńskiego, natychmiast staje się podejrzany. Nie ma miejsca na samodzielność, bo samodzielność w tej partii bardzo szybko zostaje przemianowana na zdradę.
Problem polega na tym, że tym razem buntownikiem jest człowiek, którego Kaczyński przez lata wynosił na polityczne szczyty. Morawiecki nie był szeregowym posłem. Był premierem, twarzą rządu i jednym z najważniejszych ludzi Zjednoczonej Prawicy. Dziś Błaszczak przypomina mu niemal protekcjonalnie, że to „środowisko polityczne wyniosło go na urząd premiera”. Brzmi to jak polityczny rachunek za dawne usługi. Skoro partia zrobiła z ciebie premiera, masz być lojalny do końca.
Rozwój Plus nie jest jednak w tej historii stroną niewinną. Morawiecki i jego ludzie próbują dziś prezentować się jako bardziej rozsądna, nowoczesna i samodzielna prawica, jakby z dawnym systemem PiS łączyło ich niewiele. To wygodna amnezja. Przez lata byli jego częścią, korzystali z jego struktur, stanowisk i politycznej ochrony. Nie mogą teraz udawać, że problemy dawnego obozu są wyłącznie problemami Kaczyńskiego.
Właśnie dlatego Zondacrypto jest dla obu stron tak niewygodne. Im więcej pojawia się pytań o kontakty polityków z ludźmi związanymi z branżą kryptowalutową, tym silniejsza staje się pokusa, by odpowiedzialność przesuwać na dawnych partnerów. Każda frakcja chce dziś udowodnić, że wiedziała mniej, robiła mniej i odpowiada za mniej. To klasyczne zachowanie środowiska, które czuje, że grunt zaczyna się osuwać.
Spór o stanowisko wicemarszałka Sejmu pokazuje przy tym, jak głęboki jest konflikt. Błaszczak przekonuje, że to PiS powinno wskazać kandydata i że ludzie Morawieckiego pomagają rządzącym, próbując ten wybór blokować. Ale to tylko powierzchnia. W rzeczywistości trwa walka o to, kto ma prawo mówić w imieniu prawej strony po politycznym rozpadzie dawnej Zjednoczonej Prawicy.
Błaszczak powtarza przy tym starą mantrę: „Tylko jedność, tylko przywództwo prezesa Jarosława Kaczyńskiego”. To zdanie mówi dziś o PiS więcej niż setki analiz. Partia wciąż zachowuje się tak, jakby cała prawica miała obowiązek podporządkować się jednemu człowiekowi. Jeśli Morawiecki, Mentzen czy Bosak nie chcą się ustawić w szeregu, natychmiast pojawia się pytanie, czy przypadkiem nie pomagają Tuskowi.
Tyle że ten model zaczyna się wyczerpywać. Kaczyński nie jest już hegemonem, którego decyzje zamykają każdą dyskusję, a dawne zależności przestały gwarantować lojalność. Morawiecki chce własnej przestrzeni, PiS chce odzyskać pełną kontrolę, a między nimi leży coraz większa sterta wzajemnych pretensji.
Zondacrypto tylko tę stertę podpaliło.
I dlatego ten kryzys może okazać się dla prawej strony groźniejszy niż kolejna afera czy sondażowy spadek. Skandale czasem można przeczekać. Rozpad zaufania między dawnymi sojusznikami jest znacznie trudniejszy do naprawienia. A kiedy ludzie, którzy przez lata rządzili razem, zaczynają publicznie oskarżać się o zdradę i współpracę z przeciwnikiem, trudno dalej opowiadać bajkę o jedności.










