Jarosław Kaczyński znalazł sposób na aferę Zondacrypto. Nie komisja śledcza, nie zwykłe instytucje państwa, lecz zupełnie nowa Komisja Zaufania Publicznego, złożona z piętnastu ekspertów i wyposażona w szerokie kompetencje. Pomysł brzmi efektownie, dopóki nie zada się najprostszego pytania: dlaczego PiS nagle potrzebuje specjalnie skonstruowanego organu właśnie wtedy, gdy sprawa Zondacrypto zaczyna coraz mocniej zahaczać także o ludzi związanych z prawicą?
Kaczyński zapewnia, że „komisja składałaby się wyłącznie z ekspertów, a nie polityków”. Eksperci brzmią oczywiście lepiej niż politycy. Tyle że ktoś będzie musiał tych ekspertów wskazać, określić zasady ich wyboru, kompetencje i procedurę działania. Sama etykieta „apolityczności” nie sprawia jeszcze, że nowo powołany organ rzeczywiście stanie się niezależny od politycznych interesów jego twórców.
Jeszcze bardziej znamienne są słowa prezesa PiS: „Będziemy sprawdzali, kto rzeczywiście chce dojść do prawdy w tej sprawie, a kto nie”. To klasyczna metoda Kaczyńskiego. Najpierw sam proponuje rozwiązanie, a następnie ogłasza, że stosunek do jego propozycji będzie testem uczciwości innych. Kto poprze PiS, chce prawdy. Kto ma wątpliwości, najwyraźniej coś ukrywa.
Tak nie wygląda dochodzenie do prawdy. Tak wygląda polityczna pułapka.
Zwłaszcza że jeszcze niedawno w samym obozie prawicy pojawiał się pomysł sejmowej komisji śledczej. Teraz Kaczyński tłumaczy, że komisje śledcze często sprowadzały się do układania „jakiegoś kalendarium wydarzeń” i niewiele wyjaśniały. Można częściowo zgodzić się z krytyką politycznych spektakli urządzanych podczas sejmowych przesłuchań. Tyle że nagła nieufność PiS wobec komisji śledczych pojawia się w wyjątkowo dogodnym dla partii momencie.
Zondacrypto nie jest już bowiem aferą, którą można łatwo przypisać wyłącznie obecnemu rządowi. W przestrzeni publicznej pojawiają się pytania o kontakty ludzi związanych z prawicą, o Michała Moskala, o relacje polityków z przedstawicielami branży kryptowalutowej i o stanowisko PiS wobec regulacji tego rynku. Im więcej takich pytań, tym mniej wygodna staje się komisja, której prac nie da się w pełni kontrolować politycznie.
Kaczyński próbuje tymczasem odwrócić kierunek oskarżeń. „Ona sama jest w sprawę zamieszana, a z drugiej strony próbuje to zrzucić na innych” – mówi o obecnej ekipie rządzącej. To poważny zarzut, wymagający poważnych dowodów. Prezes PiS przedstawia go jednak niemal jak oczywistość, zanim jakakolwiek komisja rozpoczęła pracę. Można więc zapytać: skoro Kaczyński już wie, kto jest uwikłany, po co właściwie potrzebuje organu mającego dopiero ustalić prawdę?
PiS od lat ma osobliwy stosunek do instytucji państwa. Kiedy istniejące procedury prowadzą w wygodnym kierunku, są dobre. Kiedy mogą przynieść politycznie nieprzewidywalne rezultaty, pojawia się pomysł nowej instytucji, nowej komisji albo nowej procedury. Tym razem nazwano ją nawet Komisją Zaufania Publicznego, jakby samo słowo „zaufanie” miało rozwiązać problem wiarygodności.
Jeżeli Kaczyński naprawdę chce wyjaśnić Zondacrypto, powinien przede wszystkim zaakceptować jedną prostą zasadę: sprawdzani muszą być wszyscy. Politycy obecnej koalicji, jeśli istnieją wobec nich pytania, ale również politycy PiS, byli członkowie rządu, ludzie związani z prawicą oraz każdy, kto miał kontakty z przedstawicielami giełdy.
I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwy test. Nie test tego, kto poprze ustawę Kaczyńskiego, ale tego, czy sam Kaczyński zaakceptuje dochodzenie, którego wyniku nie będzie znał z góry.
Bo komisja powołana po to, żeby potwierdzić tezę prezesa PiS, nie będzie komisją zaufania publicznego. Będzie kolejnym politycznym narzędziem partii, która nawet prawdę chciałaby badać według własnego regulaminu.











