Ponad 220 punktów karnych. Trudno nawet traktować tę liczbę jako zwykły drogowy bilans. Przeciętny kierowca po przekroczeniu dopuszczalnego limitu traci prawo jazdy, tymczasem według wyliczeń RMF FM Łukasz Mejza za przypisywane mu wykroczenia powinien zebrać liczbę punktów niemal dziesięciokrotnie większą. Teraz dokument posła został zatrzymany przez starostę z Krosna Odrzańskiego. I właściwie jedyne zaskoczenie polega na tym, że stało się to dopiero teraz.
Lista zachowań przypisywanych Mejzie robi wrażenie nawet jak na polskie standardy drogowej fantazji. Większość wykroczeń miała dotyczyć przekraczania prędkości, a w jednym z najbardziej jaskrawych przypadków poseł jechał 200 km/h drogą ekspresową S3 przy ograniczeniu do 120 km/h. Fotoradary miały ponadto czterokrotnie zarejestrować go podczas korzystania z telefonu za kierownicą. To nie wygląda jak pojedynczy błąd czy chwila nieuwagi, lecz jak sposób traktowania przepisów.
Szczególnie wymowna była historia z października 2025 roku. Policja zatrzymała Mejzę po jeździe 200 km/h, ale polityk odmówił przyjęcia mandatu, powołując się na immunitet poselski. Immunitet, który miał chronić parlamentarzystów przed politycznymi represjami, w takiej sytuacji zaczyna wyglądać jak wygodna tarcza przed konsekwencjami własnego zachowania. Trudno o lepszy symbol politycznego przekonania, że zasady są przede wszystkim dla innych.
Sprawa nie kończy się zresztą na policyjnych kontrolach. Sąd Rejonowy w Środzie Śląskiej uznał Mejzę za winnego sześciu wykroczeń drogowych popełnionych między grudniem 2024 a sierpniem 2025 roku i wymierzył mu 7 tys. zł grzywny. Mówimy więc nie tylko o medialnych doniesieniach, lecz również o sprawach, które znalazły swój finał przed sądem.
Ale przypadek Mejzy jest interesujący przede wszystkim politycznie. Bo Łukasz Mejza od dawna nie jest problemem wyłącznie Łukasza Mejzy. Jest również problemem Prawa i Sprawiedliwości, które przez lata uznawało, że człowiek obciążony kolejnymi kontrowersjami może pozostawać częścią jego politycznego zaplecza.
PiS lubi mówić o państwie, prawie, porządku, bezpieczeństwie i odpowiedzialności. Jarosław Kaczyński regularnie przedstawia swoją partię jako środowisko broniące zwykłych ludzi przed chaosem i bezprawiem. Tyle że bardzo trudno traktować te deklaracje poważnie, kiedy obok stoją politycy, którzy sami sprawiają wrażenie, jakby przepisy traktowali jako luźną sugestię.
Przy prędkości 200 km/h nie chodzi przecież o źle zaparkowany samochód. Chodzi o zachowanie mogące stworzyć realne zagrożenie dla innych użytkowników drogi. Jeżeli parlamentarzysta wielokrotnie przekracza prędkość, ma problemy z punktami karnymi, zostaje ukarany przez sąd, a podczas zatrzymania zasłania się immunitetem, partia głosząca hasło prawa i porządku powinna mieć z tym poważny problem.
Tymczasem Mejza trwa w polityce. I właśnie to jest najbardziej kompromitujące dla PiS. Kolejne kontrowersje przestają być przypadkiem, kiedy ugrupowanie świadomie godzi się na obecność człowieka, wokół którego regularnie pojawiają się następne problemy.
Teraz Mejza będzie musiał przejść badania i ponownie zdawać egzamin, jeśli chce odzyskać prawo jazdy. Być może przy okazji PiS powinno przeprowadzić własny egzamin. Nie z przepisów ruchu drogowego, lecz ze standardów, które tak chętnie narzuca wszystkim innym.
Bo można długo opowiadać o silnym państwie i szacunku dla prawa. Jednak państwo prawa zaczyna się od banalnej zasady: przepisy obowiązują także polityków. A immunitet poselski nie powinien być odpowiednikiem koguta na dachu samochodu, który pozwala ominąć ograniczenia i pojechać dalej.










