Na polskiej prawicy trwa dziś widowisko niemal komiczne. Wszyscy mówią o przyszłej władzy, wszyscy liczą mandaty, budują scenariusze koalicyjne i zastanawiają się, jak odsunąć Donalda Tuska. Jednocześnie PiS okłada Konfederację, Konfederacja okłada PiS, ludzie Mateusza Morawieckiego odcinają się od Jarosława Kaczyńskiego, a politycy PiS odpowiadają im oskarżeniami o rozbijanie prawicy. Biją się, aż miło. Problem w tym, że za tą awanturą coraz trudniej dostrzec jakikolwiek wspólny projekt państwa.
Mariusz Błaszczak mówi wprost, że dla prawicy istnieje tylko jedna droga: zjednoczenie wokół PiS i Jarosława Kaczyńskiego. „Jeżeli chcą odsunąć rząd Donalda Tuska, jeżeli chcą odsunąć lewicę od rządów, no to to jest jedyna droga” – przekonuje. I już w tym zdaniu widać zasadniczą słabość całej koncepcji. Błaszczak nie mówi, co taka prawicowa koalicja miałaby zrobić po zdobyciu władzy. Najważniejsze jest odsunięcie Tuska. Program napisze się później.
Tyle że nawet z samym zjednoczeniem jest poważny kłopot. PiS coraz ostrzej atakuje Konfederację, zarzucając jej polityczną niedojrzałość i sugerując, że jeśli nie podporządkuje się planowi Kaczyńskiego, w praktyce pomoże obecnemu premierowi. Błaszczak pyta nawet, czy Sławomir Mentzen naprawdę chce odsunięcia Tuska, czy może woli „siedzieć z boku i recenzować”. To stara metoda PiS: jeśli nie jesteś z nami na naszych warunkach, zaczyna się podejrzenie, że właściwie służysz przeciwnikowi.
Konfederacja nie zamierza jednak zostać przystawką PiS. Przez lata budowała swoją pozycję między innymi na krytyce gospodarczej polityki Kaczyńskiego, rozdawnictwa, podatków i rozbudowanego państwa. Mentzen może chcieć zmiany rządu, ale trudno sobie wyobrazić, żeby po wyborach nagle uznał wszystkie gospodarcze pomysły PiS za znakomite. Podstawowa sprzeczność pozostaje więc nierozwiązana: jedni chcą silnego państwa socjalnego, drudzy opowiadają o radykalnym ograniczeniu jego wydatków.
Jeszcze ciekawiej wygląda sytuacja Mateusza Morawieckiego. Jego środowisko próbuje budować własną prawicową ofertę, a politycy PiS reagują na to niemal jak na zdradę. Błaszczak pyta, dlaczego grupa byłego premiera „działa na rzecz Donalda Tuska i koalicji rządzącej”. To znamienne, bo jeszcze niedawno Morawiecki był premierem PiS i człowiekiem przedstawianym jako jeden z najważniejszych przywódców polskiej prawicy. Wystarczyło jednak zakwestionować hegemonię Kaczyńskiego, żeby dawny bohater zaczął być traktowany jak podejrzany.
I z tej zbieraniny miałby powstać przyszły rząd.
Warto więc zadać banalne pytanie: jaki byłby jego program? Co wspólnego mają dziś gospodarczo PiS i Konfederacja? Jak Morawiecki pogodziłby własne ambicje z przywództwem Kaczyńskiego? Kto ustalałby politykę wobec Unii Europejskiej? Co z podatkami, wydatkami socjalnymi, ochroną zdrowia, energetyką, aborcją czy polityką zagraniczną? W tych sprawach nie wystarczy powiedzieć: Tusk musi odejść.
Prawicę łączy dziś przede wszystkim przeciwnik. To jednak za mało, żeby dobrze rządzić państwem. Koalicja zbudowana wyłącznie na wspólnej niechęci może wystarczyć do zebrania większości parlamentarnej, ale następnego dnia po zaprzysiężeniu trzeba uchwalić budżet, podejmować decyzje gospodarcze i uzgadniać politykę europejską.
PiS zachowuje się przy tym tak, jakby przyszłe porozumienie miało oznaczać po prostu podporządkowanie pozostałych Kaczyńskiemu. Konfederacja chce wykorzystać słabość PiS, żeby przejąć część jego wyborców. Morawiecki chce udowodnić, że prawica może istnieć bez pełnej kontroli prezesa. Każdy więc mówi o jedności, ale każdy rozumie ją jako zwycięstwo własnego środowiska.
I właśnie dlatego dzisiejsza wojna na prawicy jest tak pouczająca. PiS, Konfederacja i ludzie Morawieckiego prą do władzy, zanim odpowiedzieli na najbardziej podstawowe pytanie: po co właściwie chcą rządzić razem?
Na razie odpowiedź brzmi: żeby nie rządził Tusk. To świetne hasło wyborcze dla przeciwników obecnego premiera. Jak na program przyszłego rządu jest jednak zatrważająco krótkie.











