Radosław Piesiewicz usłyszał zarzuty w sprawie Zondacrypto, a wokół Polskiego Komitetu Olimpijskiego pojawiają się kolejne kompromitujące informacje. Coraz trudniej więc udawać, że problem zaczął się dopiero wraz z upadkiem giełdy kryptowalut. Problem zaczął się wcześniej, w chwili, gdy na czele jednej z najważniejszych instytucji polskiego sportu znalazł się człowiek bez niekwestionowanego autorytetu w środowisku olimpijskim, za to z bardzo dobrymi politycznymi kontaktami.
Ireneusz Raś powiedział o Piesiewiczu rzecz brutalną, ale trafną: „Szef PKOl to osoba, która nigdy nie powinna była piastować tego obowiązku”. Trudno dziś znaleźć lepsze podsumowanie tej historii. Prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego nie jest zwykłym administratorem. Jak słusznie zauważa Raś, jest to „najwyższa funkcja dyplomatyczna w sporcie”, a więc stanowisko wymagające nie tylko sprawności organizacyjnej, lecz również szczególnej reputacji i zaufania.
Tymczasem polityczne zaplecze Piesiewicza było związane z obozem PiS. I właśnie tutaj pojawia się zasadnicze pytanie o odpowiedzialność partii Kaczyńskiego. Dlaczego w tak ważnej instytucji postawiono na człowieka, którego największym atutem nie był sportowy autorytet, lecz polityczne umocowanie? Dlaczego system nominacji znów działał według dobrze znanej zasady: najpierw lojalność i znajomości, potem kompetencje i reputacja?
Dzisiaj konsekwencje widać szczególnie wyraźnie. Z ujawnionej umowy sponsorskiej PKOl z Zondacrypto wynika, że giełda otrzymała bardzo szerokie prawa do wykorzystywania wizerunków polskich olimpijczyków. Chodziło o twarze, sylwetki i głosy sportowców, bez ograniczeń terytorialnych i w rozmaitych mediach. Umowa obejmowała nawet byłych reprezentantów Polski, a część członków zarządu PKOl twierdzi, że nie znała jej pełnej treści.
To nie jest drobny błąd administracyjny. To sposób zarządzania instytucją publicznego zaufania, w którym sportowcy i ich reputacja stają się aktywem oddanym do bardzo szerokiego wykorzystania sponsorowi. Raś nazywa sytuację „skandalem” i trudno z nim polemizować. Jeszcze mocniej brzmi jego stwierdzenie, że funkcję prezesa PKOl powinny pełnić „osoby o autorytecie niekwestionowanym i świata sportowego, i świata społecznego”.
Właśnie tak powinno być. Tymczasem przez lata polskie instytucje były traktowane przez PiS jak teren politycznego osadnictwa. Spółki, fundacje, urzędy i kolejne organizacje miały być obsadzane ludźmi z odpowiednich kręgów. Sport nie okazał się wyjątkiem. Piesiewicz wyrósł w otoczeniu ludzi związanych z władzą PiS i dzięki temu uzyskał pozycję, która dawała mu ogromny wpływ na polski ruch olimpijski.
Nie oznacza to oczywiście, że PiS odpowiada za każdą późniejszą decyzję Piesiewicza. Takiego uproszczenia nie wolno stosować. Ale partia ponosi polityczną odpowiedzialność za kulturę nominacji, którą przez lata tworzyła i promowała. Jeśli najważniejszym kryterium staje się dostęp do właściwego środowiska, prędzej czy później pojawia się pytanie o jakość ludzi, którym powierzono instytucje.
Raś mówi również, że próba przekazania części kompetencji jednemu z wiceprezesów może być „hamowaniem procesu zmian, które są nieuniknione w PKOl”. I tu również ma rację. Dzisiaj nie wystarczy przeczekać kryzysu ani dokonać kosmetycznej zmiany. Potrzebna jest odbudowa wiarygodności Komitetu.
A to oznacza również rozliczenie politycznej filozofii, która doprowadziła do obecnej sytuacji. PKOl nie powinien być łupem żadnej partii. Jego prezes nie powinien zawdzięczać pozycji politycznym patronom, lecz własnemu autorytetowi w świecie sportu.
PiS przez lata próbowało przekonać Polaków, że „swoi” są najlepszą gwarancją sprawnego państwa. Historia Piesiewicza pokazuje dokładnie odwrotną stronę tego modelu. Kiedy polityczne nominacje zastępują zdrowy rozsądek i reputację, rachunek prędzej czy później przychodzi. Tym razem wystawiono go polskiemu sportowi.











