Rocznica wybuchu drugiej wojny światowej powinna należeć do ofiar, pamięci i historii. Powinna być momentem skupienia, refleksji i wspólnoty, a nie kolejną odsłoną partyjnego sporu. Tymczasem Karol Nawrocki wykorzystał Westerplatte jako scenę do wygłoszenia politycznego manifestu, który brzmiał jak żywcem wyjęty z kampanijnego repertuaru Prawa i Sprawiedliwości. Zamiast przemówienia prezydenta całej Polski dostaliśmy przemówienie lidera jednego obozu.
Nawrocki zwrócił się do kanclerza Niemiec i narodu niemieckiego słowami: „Załatwmy sprawę reparacji i zadośćuczynienia z myślą o sprawiedliwości historycznej, ale i z myślą o przyszłości”. Sam temat reparacji można oczywiście podnosić. Można o nim rozmawiać poważnie, prowadzić działania dyplomatyczne i przedstawiać argumenty prawne. Problem zaczyna się wtedy, gdy rocznicę rozpoczęcia największej katastrofy w dziejach Polski zamienia się w polityczny spektakl, którego adresatem jest w istocie przede wszystkim krajowy elektorat.
Jeszcze bardziej charakterystyczne było rozwinięcie tej tezy. Nawrocki mówił, że „prawdziwa, twarda, sojusznicza deklaracja wobec Polski” wymaga wypłaty zadośćuczynienia, które miałoby zostać przeznaczone na polskie siły zbrojne i przemysł zbrojeniowy. To już nie jest wyłącznie apel historyczny. To gotowy pakiet polityczny: Niemcy, reparacje, wojsko, kredyty z Zachodu i sugestia, że Polska wciąż nie otrzymała tego, co jej się należy.
To jest dokładnie język, którym PiS od lat mobilizuje własny elektorat. Niemcy są w nim nie tyle partnerem i sąsiadem, ile wygodnym symbolem krzywdy, wobec którego można budować emocjonalny przekaz. Nawrocki nie próbował nawet ukrywać, że gra na dobrze znanych nutach. Z Westerplatte wysłał sygnał przede wszystkim do wyborców prawicy: ja będę tym, który powie Berlinowi twarde słowa.
Najbardziej cyniczne jest jednak to, że wszystko odbywało się w miejscu i czasie, które powinny narzucać zupełnie inny ton. Westerplatte nie jest zwykłą sceną polityczną. To symbol początku wojny, śmierci, zniszczenia i polskiej tragedii. Wykorzystywanie takiego miejsca do budowania bieżącej pozycji politycznej jest po prostu niestosowne.
Nawrocki próbował przy tym nadać swojemu wystąpieniu pozór ponadpartyjności. „Wzywam też z Westerplatte, z serca się zwracam, do pana premiera, do pana ministra, do pana marszałka, do wszystkich stronnictw w polskim parlamencie, do narodu polskiego. Bądźmy razem w tym dziele” – mówił. Brzmi pojednawczo, ale trudno nie dostrzec w tym politycznego szantażu.
Bo wezwanie do jedności nie jest naprawdę wezwaniem do dialogu, jeśli jednocześnie prezydent sam definiuje jedyną słuszną linię działania. „Bądźmy razem” oznacza w takim ujęciu: poprzyjcie mój pomysł i przyjmijcie moją narrację. Kto się nie zgodzi, ten łatwo może zostać przedstawiony jako ktoś, kto nie chce walczyć o polską rację stanu.
To stara metoda PiS. Najpierw przedstawia się własny postulat jako jedyny patriotyczny, a potem wszystkich sceptyków ustawia po stronie tych, którzy rzekomo nie dbają o interes Polski. Nawrocki, zamiast wyjść ponad ten schemat, wpisał się w niego bez reszty.
Prezydent powinien rozumieć, że są daty, których nie wolno sprowadzać do politycznego marketingu. Rocznica wybuchu wojny jest jedną z nich. Westerplatte powinno łączyć, a nie służyć do odgrzewania partyjnych haseł o Niemczech i reparacjach.
Nawrocki miał okazję przemówić jako głowa państwa. Wybrał jednak rolę rzecznika politycznej narracji PiS. I właśnie dlatego jego wystąpienie było nie tylko niewłaściwe, ale też zwyczajnie małe wobec wielkości miejsca i rocznicy, którą próbował wykorzystać.










