Jarosław Kaczyński znalazł już sposób na wyjaśnienie sprawy Zbigniewa Ziobry i pieniędzy związanych z Zondacrypto. Był „błąd”. Nic więcej, żadnego większego problemu, żadnego powodu do politycznej odpowiedzialności. „To był na pewno jego błąd i on się do tego błędu przyznaje” – powiedział prezes PiS. Trudno o bardziej charakterystyczną dla partii Kaczyńskiego metodę reagowania na kłopotliwe fakty: kiedy sprawa dotyczy przeciwnika, mamy aferę. Kiedy dotyczy własnego środowiska, nagle pojawiają się błędy, przypadki i nieporozumienia.
Tyle że mówimy o 450 tysiącach złotych, które trafiły do Fundacji Instytut Polski Suwerennej związanej ze Zbigniewem Ziobrą. Sam były minister potwierdził wcześniej wysokość wpłaty, zastrzegając, że środki pochodziły z kancelarii prawnej Przemysława Krala, a nie bezpośrednio z Zondacrypto. Ziobro przekonywał również, że nie znał wcześniej Krala i nie prowadził z nim rozmów. To istotne zastrzeżenia, ale nie zmieniają podstawowego faktu: jego fundacja przyjęła bardzo dużą kwotę od podmiotu związanego z człowiekiem znajdującym się dziś w centrum jednej z najpoważniejszych politycznych awantur ostatnich miesięcy.
Kaczyński próbuje sprawę pomniejszyć jeszcze bardziej. Ziobro miał zgodzić się na pieniądze dopiero „po wielu namowach”, a pomoc miała mieć charakter społeczny. Brzmi to niemal tak, jakby były minister sprawiedliwości przypadkiem znalazł pod drzwiami paczkę z pieniędzmi i dopiero po długim wahaniu zdecydował się ją podnieść. Tymczasem ktoś, kto przez lata kierował Ministerstwem Sprawiedliwości i Prokuraturą, powinien chyba szczególnie dobrze wiedzieć, że źródło poważnego finansowania należy sprawdzać z wyjątkową starannością.
Jeszcze bardziej osobliwie wygląda sprawa 57 tysięcy złotych, które Ziobro wykorzystał z pieniędzy własnej fundacji na koszty swojej obrony prawnej. Sam polityk ujawnił w oświadczeniu majątkowym, że fundacja poniosła w 2025 roku 57 tys. zł netto takich kosztów i że zamierza zwrócić jej 85 tys. zł. Nie oznacza to oczywiście automatycznie żadnego przestępstwa. Politycznie jednak sytuacja jest co najmniej niewygodna: fundacja otrzymuje setki tysięcy złotych z zewnętrznego źródła, a jej prezes korzysta następnie ze środków organizacji na własną obronę.
Na tym tle obrona Kaczyńskiego brzmi coraz bardziej desperacko. Prezes PiS zapewnia, że w słowach Donalda Tuska „nie ma ani milimetra prawdy” i że sam „nie miał najmniejszego związku” z tym, co działo się wokół kryptowalut. Ma oczywiście pełne prawo zaprzeczać zarzutom wobec siebie. Problem polega na tym, że niemal w tym samym wystąpieniu przyznaje, iż człowiek należący przez lata do ścisłego kierownictwa jego obozu politycznego przyjął pieniądze i że była to pomyłka.
Co więcej, Kaczyński sam dopuszcza możliwość, że niektórzy ludzie prawicy mogli zachować się tak, jak ktoś, kto „czuje zapach kiełbasy”. Zaraz jednak dodaje, że były to tylko incydenty i że nie mają nic wspólnego z partią ani jej kierownictwem. To bardzo wygodna konstrukcja. Jeśli pojawiają się kolejne nazwiska, spotkania, fundacje i przepływy pieniędzy, zawsze można powiedzieć, że są to pojedyncze przypadki niezwiązane z organizacją.
Tyle że PiS przez lata było partią skrajnie scentralizowaną. Kaczyński decydował o najważniejszych nominacjach, listach wyborczych i politycznych karierach. Ziobro nie był przypadkowym działaczem powiatowym, lecz ministrem sprawiedliwości, prokuratorem generalnym i liderem koalicyjnego środowiska współtworzącego władzę. Przekonywanie teraz, że jego problemy są prywatną historią jednego polityka, wymaga od wyborców sporej dozy zapomnienia.
Najpoważniejsze są jednak ujawnione przez Tuska fragmenty zeznań świadka, według których Ziobro miał obiecywać pomoc w sprawach dotyczących Zondacrypto w zamian za korzyści finansowe. To na razie zeznania, a nie prawomocny wyrok, i właśnie tak należy je traktować. Kaczyński ma prawo domagać się ich weryfikacji w śledztwie. Nie ma jednak prawa udawać, że samo nazwanie wszystkiego „prowokacją” załatwia sprawę.
Zwłaszcza że prezes PiS poszedł jeszcze dalej, porównując te zeznania do metod Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego z lat 50. To typowa dla Kaczyńskiego ucieczka w wielkie historyczne analogie: zamiast odpowiedzieć na konkretne pytania o pieniądze, zaczynamy mówić o stalinowskich represjach, politycznej operacji i spisku przeciwko prawicy. Im trudniejszy fakt, tym większa metafora.
Ziobro może się tłumaczyć, a Kaczyński może go bronić. Ale 450 tysięcy złotych nie znika tylko dlatego, że prezes PiS nazwie ich przyjęcie „błędem”. W tej sprawie nie potrzeba kolejnych opowieści o spisku przeciwko prawicy, lecz bardzo prostych odpowiedzi: kto zabiegał o pieniądze, dlaczego fundacja je przyjęła, na co zostały wydane i czy darczyńca oczekiwał czegokolwiek w zamian. Dopóki takich odpowiedzi nie będzie, Kaczyński może zmniejszać wagę sprawy słowami, ale politycznie będzie ona tylko rosła.











