Można krzyczeć z ław poselskich, można buczeć, można przeszkadzać ministrowi, a nawet urządzić kolejną awanturę przy mównicy. Polacy zdążyli się już niestety przyzwyczaić, że Sejm coraz częściej przypomina miejsce partyjnej bitwy, a coraz rzadziej poważny parlament. Ale kiedy podczas wystąpienia wicepremiera i ministra obrony z ław poselskich zaczynają dobiegać odgłosy przypominające szczekanie psa, pojawia się pytanie, czy właśnie nie przekroczono kolejnej granicy.
Nagranie z piątkowych obrad opublikował wiceszef Kancelarii Premiera Jakub Stefaniak. „W czasie wystąpienia wicepremiera patoprawica zaczęła… szczekać! Tak! To nie żart” – napisał. Sam film rzeczywiście pokazuje, jak podczas przemówienia Władysława Kosiniaka-Kamysza w sali rozlegają się charakterystyczne odgłosy. W normalnej instytucji publicznej podobny incydent byłby kompromitującym wyjątkiem. W polskim Sejmie zaczyna niestety pasować do coraz bardziej ponurej normy.
Donald Tusk odniósł się do sytuacji już z mównicy. „Możecie tutaj nie wiadomo jakie cuda wymyślać. Możecie wykrzykiwać, tu jedna z pań posłanek na przykład szczekała” – mówił premier. Trudno było znaleźć lepsze podsumowanie atmosfery tego posiedzenia. Szef rządu próbował mówić o sprawach państwa, a część opozycji najwyraźniej uznała, że odpowiednią formą parlamentarnej polemiki będą okrzyki i zwierzęce odgłosy.
Marcin Kierwiński wskazał, że mogła to być Dominika Chorosińska, choć sam zaznaczył, że nie jest tego pewien. „Czegoś takiego jak dzisiaj, w wykonaniu bodajże pani posłanki Chorosińskiej, to ja jeszcze nie widziałem. No, ta pani szczekała. Dziwne praktyki” – powiedział szef MSWiA. Dopóki nie ma jednoznacznego potwierdzenia, kto dokładnie wydawał te odgłosy, nazwiska nie należy traktować jako rozstrzygnięcia. Sam incydent pozostaje jednak wystarczająco żenujący bez względu na personalia.
Problem jest znacznie szerszy. W ostatnich latach politycy PiS przyzwyczaili się do traktowania Sejmu jak przedłużenia partyjnego wiecu. Kiedy przemawia przeciwnik, trzeba go zagłuszyć. Kiedy pojawia się niewygodne pytanie, najlepiej odpowiedzieć okrzykiem. Kiedy kamery są włączone, trzeba stworzyć widowisko, które za kilka minut będzie krążyło po mediach społecznościowych.
W ten sposób polityka stopniowo zamienia się w konkurs na najbardziej absurdalne zachowanie. Nie wygrywa ten, kto przedstawi lepszy argument, lecz ten, kto głośniej krzyknie, zrobi bardziej efektowną minę albo sprowokuje awanturę. Szczekanie jest właściwie logicznym finałem tak rozumianej debaty. Skoro argument przestał być potrzebny, pozostaje już tylko hałas.
Szczególnie ponuro wygląda to w przypadku partii, która przez lata tak chętnie mówiła o powadze państwa, szacunku dla instytucji i godności Rzeczypospolitej. PiS potrafiło urządzać wielkie awantury o słowa wypowiadane przez przeciwników, gesty polityków czy zachowanie na oficjalnych uroczystościach. Tymczasem część jego parlamentarzystów zachowuje się dziś w najważniejszej izbie polskiego parlamentu w sposób, który trudno byłoby zaakceptować nawet podczas zebrania wyjątkowo kłótliwej wspólnoty mieszkaniowej.
Nie chodzi przy tym o wymaganie od posłów przesadnej ceremonialności. Parlament z natury jest miejscem sporu, emocji i ostrego języka. Brytyjska Izba Gmin potrafi być hałaśliwa, parlament włoski również zna sceny dalekie od akademickiego seminarium. Istnieje jednak różnica między ostrym sporem a świadomym robieniem z instytucji państwa kabaretu.
Najbardziej niepokojące jest to, że podobne zachowania przestają kogokolwiek w tym środowisku zawstydzać. Przeciwnie, coraz częściej wyglądają na element politycznej strategii: sprowokować, nagrać, wrzucić do internetu, zebrać reakcje własnego elektoratu. Powaga Sejmu przegrywa z kilkunastosekundowym klipem przeznaczonym do mediów społecznościowych.
Opozycja ma pełne prawo brutalnie krytykować rząd Tuska. Ma prawo wyśmiewać ministrów, zadawać im niewygodne pytania i wykorzystywać każdą ich pomyłkę. Ale jeżeli odpowiedzią na przemówienie ministra Rzeczypospolitej staje się szczekanie z ław poselskich, to problemem przestaje być już temperatura politycznego sporu. Problemem staje się elementarny poziom ludzi, których wyborcy wysłali do parlamentu.
PiS powinno się nad tym poważnie zastanowić, zamiast traktować kolejne awantury jako dowód bojowości swoich parlamentarzystów. Można być bezwzględną opozycją i jednocześnie zachowywać minimum powagi. Bo jeśli z sejmowej debaty pozostaną krzyki, skandowanie i szczekanie, następnym pytaniem nie będzie już, kto wygrał polityczny spór. Będzie nim pytanie, kto właściwie jeszcze pamięta, po co istnieje parlament.











