Zbigniew Ziobro przez lata budował swój polityczny wizerunek na jednym prostym przekazie: niewinni nie mają się czego bać, a prokuratura powinna bezwzględnie dochodzić prawdy. Teraz, kiedy ciężkie podejrzenia pojawiają się wokół niego samego, były minister sprawiedliwości najwyraźniej odkrył zupełnie inną filozofię wymiaru sprawiedliwości. Zamiast spokojnie odpowiadać na pytania, mówi o „operacji zniszczenia prawicowej opozycji”.
A pytania są wyjątkowo poważne. Donald Tusk przeczytał w Sejmie fragment zeznań osoby mającej pośredniczyć w kontaktach między środowiskiem Zondacrypto a Ziobrą. „Zbyszek zapoznał się z aktami. (…) Obiecał, że jak wróci do władzy w Ministerstwie Sprawiedliwości, czego jest pewien, to ukręci łeb wszystkim tym sprawom” – miał zeznać świadek. Według dalszej części relacji rekompensata za tę pomoc miała zostać przekazana za pośrednictwem fundacji związanej ze środowiskiem byłego ministra.
To oskarżenie niezwykle ciężkie, zwłaszcza wobec człowieka, który przez lata był ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym. Trzeba jednak powiedzieć jasno: zeznanie świadka nie jest wyrokiem, a jego prawdziwość musi zostać zweryfikowana. Ziobro ma pełne prawo zaprzeczać, przedstawiać dowody i domagać się sprawdzenia wiarygodności osoby, która go obciąża.
Tyle że jego odpowiedź wygląda zaskakująco słabo. „Donald Tusk przekroczył nieprzekraczalną granicę” – oznajmił były minister. Następnie stwierdził, że premier „sięgnął po bandytów i kłamstwa, aby uruchomić operację zniszczenia prawicowej opozycji”. Mocnych słów jest więc pod dostatkiem. Znacznie mniej jest odpowiedzi na zasadnicze pytanie: skąd wzięła się relacja o rzekomej obietnicy „ukręcenia łba” postępowaniom?
Ziobro próbuje przenieść ciężar dyskusji gdzie indziej. Przypomina sprawę Marcina W., syna Tuska, mówi o drożyźnie, powodziach, szpitalnych salonikach VIP i działaniach obecnego rządu. To może być skuteczne na partyjnym wiecu, ale nie rozstrzyga żadnej z wątpliwości dotyczących Zondacrypto. Jeśli ktoś pyta, czy obiecywałeś interwencję w konkretnych postępowaniach, odpowiedź „a co z Tuskiem?” pozostaje klasyczną ucieczką od tematu.
Były prokurator generalny powinien wiedzieć to najlepiej. Wiarygodność świadka można podważać dokumentami, bilingami, datami, zeznaniami innych osób i przepływami finansowymi. Można wykazać, że spotkanie się nie odbyło albo że pośrednik nie mógł posiadać informacji, które opisuje. Samo nazwanie świadka „bandytą” nie powoduje jednak, że jego zeznania znikają z akt.
Ziobro przedstawia jeden konkretny argument, który rzeczywiście powinien zostać sprawdzony. Twierdzi, że nigdy nie spotkał Przemysława Krala i nie rozmawiał z nim nawet telefonicznie. To ważna informacja. Ale zarzut cytowany przez Tuska dotyczy właśnie możliwego pośrednictwa, więc brak bezpośredniego kontaktu z Kralem nie zamyka sprawy.
Osobnym problemem stało się wciągnięcie do historii brata byłego ministra, Witolda Kornickiego. Ten stanowczo zaprzecza, by zakładał wskazaną przez Tuska fundację, i żąda od premiera sprostowania oraz przeprosin. Jeśli Tusk pomylił się w tym punkcie, powinien to wyjaśnić i skorygować. Błąd dotyczący brata nie przesądza jednak automatycznie o fałszywości wszystkich pozostałych fragmentów zeznań.
Ziobro domaga się teraz ujawnienia, kto wszczynał i kto umarzał postępowania dotyczące Zondacrypto za poprzedniej i obecnej władzy. I bardzo dobrze. Im więcej dokumentów zostanie ujawnionych zgodnie z prawem, tym łatwiej będzie oddzielić polityczne oskarżenia od faktów. Tyle że ta sama zasada musi obowiązywać również wtedy, gdy dokumenty są niewygodne dla Ziobry.
Najbardziej uderzające jest bowiem to, jak szybko dawny szeryf polskiej polityki przyjął rolę prześladowanego. Gdy zarzuty dotyczyły przeciwników PiS, Ziobro nie nawoływał do ostrożności wobec zeznań świadków i nie opowiadał o niszczeniu opozycji. Prokuratura miała działać, podejrzani mieli się tłumaczyć, a prawdę miały ustalać organy państwa.
Dzisiaj należy zastosować dokładnie tę samą zasadę. Nie wolno uznać Ziobry za winnego na podstawie cytatu odczytanego przez premiera, ale nie wolno również uznać sprawy za zamkniętą dlatego, że były minister nazwał ją politycznym spiskiem. Zondacrypto wymaga śledztwa, dokumentów, konfrontacji zeznań i konkretnych odpowiedzi.
Ziobro przez lata przekonywał Polaków, że przed sprawiedliwością nie powinny chronić stanowisko, nazwisko ani polityczne wpływy. Dziś ma znakomitą okazję udowodnić, że naprawdę w to wierzył. Zamiast krzyczeć o „operacji zniszczenia prawicy”, powinien zrobić coś znacznie prostszego: odpowiedzieć na każde z pytań i pozwolić prokuraturze sprawdzić, kto w tej historii mówi prawdę.











