Mateusz Morawiecki opublikował książkę o przyszłości Polski i już sam tytuł brzmi jak zapowiedź wielkiej politycznej epopei: „Wielka strategia państwa polskiego. Jak wygrać przyszłość w epoce chaosu”. Były premier przekonuje, że interesuje go to, „gdzie będzie Polska za 10, 20 lat” i co trzeba zrobić dziś, by wpłynąć na odpowiedź. Problem w tym, że Morawiecki nie jest świeżym ekspertem, który właśnie wszedł do debaty publicznej. To polityk, który przez lata był w samym centrum władzy i miał wyjątkowo dużo czasu, by własne wizje zamieniać w rzeczywistość.
„W epoce chaosu Polska nie może dryfować” – pisze Morawiecki. Trudno się nie zgodzić. Jeszcze trudniej nie zapytać, dlaczego były premier przypomina sobie o potrzebie wielkiej strategii dopiero teraz. Przez osiem lat rządów PiS, w tym długi okres własnego premierostwa, miał przecież do dyspozycji aparat państwa, większość parlamentarną, ogromne środki publiczne i polityczne zaplecze. Jeśli naprawdę wiedział, jak „wygrać przyszłość”, to miał wyjątkowo dobre warunki, żeby przynajmniej zacząć ją wygrywać.
Dziś Morawiecki pisze: „Potrzebujemy nowych rozwiązań i oryginalnych idei. Potrzebujemy nowych metod działania, odwagi i sprawczości”. Brzmi to efektownie, ale zarazem osobliwie w ustach człowieka, który sam przez lata przedstawiał się jako symbol sprawczości. To przecież jego rząd chętnie używał wielkich nazw, wielkich programów i wielkich obietnic. Miały być przełomy, plany rozwojowe, wielkie inwestycje, skoki cywilizacyjne i kolejne strategiczne projekty. Teraz autor tych opowieści ogłasza, że potrzebujemy „nowych metod działania”, jakby właśnie wrócił z długiego pobytu za granicą i dopiero zorientował się, że Polska ma problemy.
Najbardziej charakterystyczne jest jednak zamiłowanie Morawieckiego do wielkich alternatyw. „Wybór jest coraz prostszy: rozwój albo krach” – stwierdza. To zdanie świetnie pasuje do jego politycznego stylu. Zamiast skomplikowanej rzeczywistości mamy prosty dramat: albo sukces, albo katastrofa; albo wielka strategia, albo dryf; albo odwaga, albo słabość. Tak buduje się polityczne napięcie i dobrze sprzedaje książki, ale znacznie gorzej opisuje się państwo.
Morawiecki od lat ma skłonność do fantazjowania na wielką skalę. Jego polityczny język zawsze był pełen przyspieszenia, doganiania, wygrywania, skoków rozwojowych i historycznych szans. Teraz ta sama metoda wraca w formie książkowej. Zmieniła się jedynie pozycja autora. Kiedyś przemawiał z kancelarii premiera i zapowiadał, co zrobi rząd. Dziś może już bez większego ryzyka opisywać, co powinno wydarzyć się za 10 albo 20 lat.
W tym tkwi największa ironia całego przedsięwzięcia. Morawiecki fantazjuje o państwie przyszłości, choć przez lata sam był jednym z ludzi najbardziej odpowiedzialnych za państwo teraźniejszości. Jeśli miał gotowe recepty na strategiczny rozwój Polski, to dlaczego tak wiele z nich zostało jedynie na poziomie zapowiedzi? Jeśli wiedział, jak uniknąć dryfu, dlaczego dziś musi przestrzegać przed nim z pozycji byłego premiera? I jeśli tak bardzo ceni „odwagę i sprawczość”, dlaczego nie wykorzystał ich w pełni, kiedy miał ku temu znacznie większe możliwości niż dziś?
Oczywiście były premier ma pełne prawo pisać książki, formułować nowe pomysły i zmieniać poglądy. Być może część jego diagnoz okaże się trafna. Trudno jednak czytać jego zapowiedzi bez pamięci o tym, że autor nie jest komentatorem z zewnątrz, lecz był przez lata jednym z najważniejszych ludzi w polskiej polityce.
Dlatego nowa książka Morawieckiego wygląda trochę jak katalog politycznych marzeń człowieka, który miał już okazję część z nich zrealizować. Teraz znów opowiada o wielkiej przyszłości, chaosie, sprawczości i historycznych wyborach. Fantazjować można bez końca. Znacznie trudniej odpowiedzieć na pytanie, dlaczego przez osiem lat tak wiele z tych fantazji pozostało właśnie fantazjami.











