Afera wokół Zondacrypto staje się dla Prawa i Sprawiedliwości coraz bardziej niewygodna. Nie tylko dlatego, że w jej pobliżu pojawiają się nazwiska polityków związanych z partią Jarosława Kaczyńskiego, ale również dlatego, że PiS zamiast domagać się wyjaśnienia wszystkich okoliczności sprawy, coraz wyraźniej próbuje swoich ludzi usprawiedliwiać. Dobrym przykładem jest Michał Moskal i jego spotkanie na Ibizie z Przemysławem Kralem. Katarzyna Sadło w „Rzeczpospolitej” zwraca uwagę na rzecz zasadniczą: praktycznie cały PiS stanął w obronie młodego polityka. I rzeczywiście warto zapytać, dlaczego.
Rzecznik PiS Rafał Bochenek przekonuje, że Moskal był właściwie ofiarą braku informacji. „Michał Moskal był politykiem opozycji, który również nie został ostrzeżony przez rząd Donalda Tuska przed tym, kim tak naprawdę jest pan Kral” – tłumaczy. Przyznaje wprawdzie, że polityk PiS „wykazał się pewną niefrasobliwością”, ale natychmiast dodaje, że w sierpniu ubiegłego roku „nikt publicznie nie wiedział, z czym wiąże się działalność Zondacrypto”.
I właśnie tę narrację brutalnie rozbija tekst „Rzeczpospolitej”. Jak zauważa Sadło, Moskal „nie jest biednym misiem, który o niczym nie wiedział, niczego nie rozumiał, niczym się nie interesował”. To nie przypadkowy młody działacz powiatowych struktur PiS. Był szefem gabinetu politycznego Jarosława Kaczyńskiego, gdy prezes PiS pełnił funkcję wicepremiera, kierował gabinetem politycznym Mariusza Błaszczaka i jest członkiem Komitetu Wykonawczego partii. To polityk wychowany w samym centrum pisowskiej machiny.
Co więcej, Moskal sam przyznał, że kryptowaluty miały stać się jego polityczną specjalnością. „Mocno myślałem od dłuższego czasu, żeby tematykę kryptowalut przyjąć jako pewną niszę, w której będę się poruszał w polityce” – powiedział. Trudno o bardziej kłopotliwe wyznanie. Jeśli ktoś chce zawodowo zajmować się kryptowalutami, spotyka się z szefem dużej giełdy kryptowalut i leci w tym celu na Ibizę, to naprawdę trudno przedstawiać go później jako człowieka, którego rząd powinien wcześniej ostrzec, z kim właściwie ma do czynienia.
Tym bardziej że – jak przypomina „Rzeczpospolita” – informacje o kontrowersjach wokół Krala i Zondacrypto były wcześniej publicznie dostępne. W połowie lipca pisała o nich „Gazeta Wyborcza”. Opisywano ostrzeżenia KNF, działania prokuratury, problemy z ustaleniem faktycznych właścicieli giełdy oraz inne poważne wątpliwości dotyczące jej historii. Moskal nie musiał więc posiadać dostępu do tajnych raportów służb. Wystarczyło czytać prasę.
I tutaj pojawia się problem znacznie większy niż jedna podróż na Ibizę. Dlaczego PiS tak konsekwentnie broni Moskala? Dlaczego pierwszym odruchem partii nie jest stwierdzenie: sprawdźmy dokładnie, co wiedział, kiedy się dowiedział, o czym rozmawiał z Kralem i dlaczego zdecydował się na to spotkanie? Zamiast tego pojawia się znany mechanizm: odpowiedzialność trzeba przerzucić na Donalda Tuska. To rząd miał ostrzegać polityka opozycji, z kim wolno mu się spotykać.
Takie tłumaczenie jest wręcz groteskowe. Politycy PiS przez lata przedstawiali się jako ludzie znający mechanizmy państwa, służb, biznesu i wielkiej polityki. Teraz, kiedy trzeba odpowiedzieć na proste pytania, okazuje się, że jeden z najbliższych dawnych współpracowników Kaczyńskiego potrzebował ostrzeżenia od rządu Tuska, aby przed spotkaniem z biznesmenem wpisać jego nazwisko do wyszukiwarki.
Sadło trafnie pyta, „jak bardzo prawdopodobne jest”, że polityk od dawna zainteresowany kryptowalutami nie sprawdził człowieka, z którym zamierzał się spotkać. To pytanie pozostaje bez przekonującej odpowiedzi. Obrona Moskala zaczyna więc szkodzić PiS bardziej niż przyznanie, że popełnił poważny błąd.
Bo jeśli Moskal naprawdę niczego nie wiedział, mamy do czynienia z zadziwiającą niefrasobliwością doświadczonego polityka zainteresowanego właśnie branżą kryptowalut. Jeśli natomiast wiedział więcej, niż dziś przyznaje, sprawa robi się znacznie poważniejsza. PiS próbuje uciec od obu możliwości, zasłaniając się Tuskiem. Tyle że im dłużej partia broni Moskala, tym bardziej zasadne staje się pytanie, czego właściwie broni: nierozważnego polityka czy historii, której pełnego przebiegu wciąż jeszcze nie znamy?











