Jarosław Kaczyński ponownie sięgnął po instrument, który zna najlepiej: strach. Podczas wydarzenia „Przebudzenie. Program dla Polski” prezes PiS nie próbował przede wszystkim przekonać wyborców programem, tylko ostrzec ich przed katastrofą. Stawką nadchodzących wyborów mają być nie zwykła zmiana władzy, lecz suwerenność, przyszłość ekonomiczna kraju, a nawet dalsze istnienie Polski jako państwa naprawdę niezależnego. To język, który PiS stosuje od lat, bo znacznie łatwiej mobilizować ludzi lękiem niż argumentami.
Kaczyński mówił wprost, że „te wybory to nie są zwykłe wybory” i że obecna sytuacja „zagraża Polsce, jej statusowi jako suwerennego państwa, jej przyszłości ekonomicznej”. To już nie jest zwykła krytyka rządu Donalda Tuska, tylko budowanie obrazu egzystencjalnego zagrożenia. Jeśli ktoś nie poprze PiS, może więc – w logice Kaczyńskiego – nie tylko wybrać inną partię, ale wręcz przyłożyć rękę do osłabienia państwa.
Prezes PiS idzie dalej i sugeruje istnienie zewnętrznych sił, którym polski sukces przeszkadza. „Nie wszystkim się to podoba” – mówi, po czym dodaje, że chodzi także o tych, którzy mieli na tyle duże wpływy w Polsce, że byli „bardzo ważnym aktorem w operacji stworzenia nowego rządu po wyborach 2023 roku”. To klasyczny schemat polityczny: najpierw tworzy się poczucie oblężenia, potem wskazuje niejasnych zewnętrznych aktorów, a na końcu przedstawia własną partię jako jedyną siłę zdolną uratować kraj.
Kaczyński oskarża też rząd Tuska o lojalność wobec zagranicznych partnerów kosztem własnych obywateli. „Jeżeli chodzi o dotrzymywanie zobowiązań wobec zewnętrznych sojuszników, to oni naprawdę są bardzo solennym partnerem. Tylko niestety nie Polaków” – przekonuje. To mocny zarzut, ale jednocześnie wyjątkowo wygodny, bo pozwala każdą polityczną decyzję przeciwnika przedstawiać jako efekt obcych wpływów, a nie normalnego sporu o kierunek państwa.
Najbardziej charakterystyczne jest jednak to, jak szybko Kaczyński podnosi stawkę. „Ta przyszłość może być dobra, nawet bardzo dobra, ale może być też i taką, która może być opisywana jako zmierzch nadziei, a może nawet jako po części koniec suwerennego państwa” – ostrzega. Trudno o bardziej podręcznikowy przykład polityki lęku. Zamiast sporu o podatki, ochronę zdrowia, energetykę czy inwestycje dostajemy wizję narodowego końca.
To oczywiście nie znaczy, że PiS nie ma prawa mówić o zagrożeniach. Każda opozycja ma prawo krytykować rząd i ostrzegać przed jego decyzjami. Problem zaczyna się wtedy, gdy każda kolejna kampania przedstawiana jest jako ostatnia bitwa o niepodległość, a przeciwnik polityczny jako ktoś, kto niemal automatycznie działa wbrew interesowi własnego kraju.
Kaczyński mówi również o „realistycznym programie”, bezpieczeństwie, zdrowiu i rozwoju gospodarczym. To właśnie na tych sprawach powinna opierać się poważna kampania. Jeśli PiS ma lepsze recepty, powinno je przedstawić i poddać ocenie wyborców. Tymczasem prezes partii znów zaczyna od alarmu i wizji katastrofy.
To najbardziej zużyty element politycznego repertuaru Kaczyńskiego, ale wciąż najwyraźniej uznawany przez PiS za skuteczny. Najpierw trzeba przekonać Polaków, że stoją nad przepaścią, a potem ogłosić, że tylko jedna partia może ich uratować. Problem w tym, że wyborcy mogą w końcu uznać, że od ciągłego straszenia groźniejsza jest tylko polityka, która nie potrafi już mówić innym językiem.











