Mateusz Morawiecki najwyraźniej jeszcze nie przyzwyczaił się do swojej nowej sytuacji. Były premier zachowuje się tak, jakby nadal stał na czele wielkiego obozu politycznego, dysponował kilkuset posłami i właśnie przygotowywał się do kolejnego rozdania władzy. Pouczający ton wobec Konfederacji pokazuje jednak przede wszystkim jedno: Morawiecki wciąż widzi siebie takim, jakim był kilka lat temu. Problem w tym, że polska polityka zdążyła już pójść dalej.
Pretekstem do kolejnej manifestacji przywództwa stały się problemy z rejestracją kandydatury Bartosza Bocheńczaka w Krakowie. Morawiecki słusznie zwrócił uwagę, że wątpliwości dotyczące procedury wyborczej należy wyjaśnić. „Kandydat prowadzi kampanię, zbiera podpisy z dużym zapasem, a ostatecznie nie może wystartować. Niezależnie od politycznych sympatii – taka sytuacja powinna skłaniać do refleksji nad tym, czy procedury wyborcze faktycznie służą obywatelom” – napisał.
Gdyby na tym zakończył, trudno byłoby się z nim spierać. Morawiecki jednak postanowił wykorzystać okazję, aby przemówić do Konfederacji niczym senior polskiej prawicy rozstawiający młodszych kolegów po kątach. „Ostatnio coraz częściej próbowaliście ustawiać się w roli szefa całej prawicy. Spokojnie. Na takie rozstrzygnięcia przyjdzie jeszcze czas” – pouczył.
Brzmi imponująco. Tyle że natychmiast pojawia się pytanie: z jakiej pozycji Morawiecki właściwie wygłasza te uwagi?
Były premier nie stoi już na czele potężnego PiS. Kieruje Rozwojem Plus – niewielką formacją, która dopiero walczy o trwałe miejsce na politycznej mapie i której perspektywa samodzielnego wejścia do Sejmu nie jest rzeczą oczywistą. Tymczasem Morawiecki przemawia tak, jakby to właśnie od niego zależało, kto otrzyma certyfikat przywódcy prawicy.
Szczególnie zabawnie brzmi więc jego zdanie: „Polityka to nie konkurs na to, kto głośniej ogłosi się liderem”. Trudno o lepsze podsumowanie zachowania samego Morawieckiego. Bo właśnie były premier zdaje się dziś wyjątkowo intensywnie przekonywać otoczenie, że nadal jest politykiem pierwszej wielkości. Jakby samo częste zabieranie głosu, wygłaszanie apeli i udzielanie rad miało zastąpić realną siłę wyborczą.
Jeszcze niedawno Morawiecki rzeczywiście mógł mówić o przyszłości całego obozu prawicy z pozycji premiera i jednego z najważniejszych polityków PiS. Dziś rzeczywistość jest znacznie bardziej brutalna. Ma własny projekt, własne ambicje i zapewne nadal marzy o powrocie do walki o stanowisko premiera. Tyle że pomiędzy marzeniem o przywództwie a faktycznym przywództwem znajduje się jeszcze jeden drobiazg: wyborcy.
Morawiecki pisze również: „Najpierw Polska. Potem partyjne ambicje”. To kolejna deklaracja, która w jego wykonaniu brzmi przewrotnie. Cały jego obecny projekt polityczny jest przecież w ogromnym stopniu zbudowany właśnie wokół osobistych ambicji byłego premiera i próby stworzenia własnego ośrodka na prawicy. Nie ma w tym nic nagannego. Polityka jest walką o władzę. Nie ma jednak potrzeby przedstawiać własnych ambicji jako czegoś jakościowo odmiennego od ambicji konkurentów.
Konfederacja może Morawieckiego irytować. Może uważać ją za niedojrzałą, zbyt radykalną albo przesadnie pewną siebie. Ale zanim zacznie tłumaczyć jej politykom, kto ma prawo pretendować do kierowania prawicą, powinien spojrzeć na własne zaplecze.
Bo były premier ma dziś problem znacznie poważniejszy niż ambicje Konfederacji. Ciągle zachowuje się jak lider wielkiego obozu, podczas gdy kieruje polityczną formacją balansującą w pobliżu wyborczego progu. I właśnie dlatego jego słowa o tym, że „polityka to nie konkurs na to, kto głośniej ogłosi się liderem”, brzmią niemal jak mimowolna autokrytyka.











