Donald Tusk najwyraźniej uznał, że w sprawie Zondacrypto skończył się czas politycznej kurtuazji. I trudno mu się dziwić. Im więcej pojawia się informacji dotyczących kulis walki o ustawę regulującą rynek kryptoaktywów, tym bardziej kłopotliwe stają się pytania kierowane do PiS i otoczenia prezydenta. Prawica może próbować odpowiadać kontratakiem, ale problem polega na tym, że premier wskazuje już konkretne przepisy, poprawki i nazwiska. „Machina rozliczeń w tej kwestii ruszyła z całej siły i nikt jej nie zatrzyma” – zapowiedział Tusk.
Najważniejszy jest tutaj artykuł 67 rządowego projektu. Według premiera miał on pozwalać państwu na blokowanie stron internetowych, których działalność mogła narażać obywateli na straty. Można oczywiście dyskutować o granicach takich uprawnień, gwarancjach prawnych czy kontroli sądowej. Tyle że Tusk stawia znacznie poważniejsze pytanie: dlaczego właśnie ten przepis próbowano osłabić i komu na tym zależało?
„Kluczowa była poprawka, którą poprzez ZBP forsowała Zondacrypto” – powiedział premier. Według Tuska rozwiązania dotyczącego artykułu 67 miał domagać się Przemysław Kral, a odpowiadająca temu stanowisku poprawka została zgłoszona przez Zbigniewa Boguckiego. To są zarzuty, które wymagają dokładnego wyjaśnienia, ale nie da się ich zbyć zwyczajowym okrzykiem o „politycznej zemście”. Jeżeli istnieją dokumenty pozwalające odtworzyć drogę tych propozycji, opinia publiczna powinna je poznać.
I właśnie tutaj zaczyna się największy polityczny problem PiS. Partia Jarosława Kaczyńskiego przez lata budowała swój wizerunek na kulcie „silnego państwa”: państwa kontrolującego, nadzorującego, ścigającego i chroniącego obywatela. Tymczasem kiedy rząd proponuje narzędzie umożliwiające blokowanie stron mogących narażać Polaków na straty, prawica nagle odkrywa w sobie niezwykłe przywiązanie do ograniczania kompetencji państwa. Trudno o bardziej spektakularne zderzenie politycznej propagandy z praktyką.
Oczywiście można twierdzić, że chodziło wyłącznie o ochronę konstytucyjnych praw i wolności. Ale właśnie dlatego potrzebne jest pełne wyjaśnienie sprawy, a nie kolejne konferencje prasowe PiS poświęcone temu, jak bardzo Donald Tusk jest zły. Premier postawił konkretne pytania dotyczące procesu legislacyjnego i konkretnych interesów. Odpowiedzią powinny być dokumenty, daty i nazwiska, a nie rytualne oskarżenia pod adresem rządu.
Najnowsza inicjatywa Pałacu Prezydenckiego może w tej sytuacji wyglądać jak próba odzyskania politycznej inicjatywy. Tusk mówi już otwarcie o „panice” i „pseudo inicjatywach” prezydenta. To język brutalny, ale premier najwyraźniej uznał, że PiS i jego polityczni sojusznicy przez zbyt długi czas potrafili zamieniać każdą niewygodną dla siebie sprawę w medialną mgłę. Tym razem zamiast kolejnej wojny na konferencje prasowe potrzebne jest mozolne ustalenie, kto czego chciał, kto zgłaszał poprawki i czyje interesy mogły na tych zmianach skorzystać.
„Skończyło się mataczenie, skończyło się bezkarne chronienie interesów, w tym interesów brudnych, mafijnych, bandyckich” – powiedział Tusk. To bardzo ciężkie słowa i dlatego zobowiązują przede wszystkim samego premiera. Muszą za nimi pójść dowody, postępowania i konkretne ustalenia. Jeśli Tusk chce przekonać Polaków, że naprawdę nastąpiła zmiana standardów, nie może poprzestać na efektownych wystąpieniach. Musi doprowadzić sprawę do końca niezależnie od tego, dokąd zaprowadzi śledztwo.
PiS natomiast powinien przestać zachowywać się tak, jakby największym problemem afery Zondacrypto było to, że Donald Tusk o niej mówi. Największym problemem jest coś zupełnie innego: czy politycy uczestniczący w pracach nad regulacjami rynku kryptowalut forsowali rozwiązania zgodne z oczekiwaniami konkretnego podmiotu działającego na tym rynku. „My tę sprawę wyjaśnimy do końca” – zapowiada premier. W interesie państwa jest, aby rzeczywiście tak się stało.
Jeżeli PiS jest przekonany, że wszystko odbywało się prawidłowo, powinien być pierwszą partią domagającą się ujawnienia wszystkich dokumentów i wyjaśnienia całej historii. Jeżeli zamiast tego wybierze kontratak, krzyk o prześladowania i kolejne próby odwracania uwagi, efekt może być dokładnie odwrotny od zamierzonego. Bo im głośniej PiS będzie atakował „machinę rozliczeń”, tym częściej Polacy mogą zacząć zadawać bardzo niewygodne dla tej partii pytanie: czego właściwie tak bardzo boicie się w tych rozliczeniach?











