Donald Tusk powiedział, że w Pałacu Prezydenckim widać „coraz wyraźniej panikę”. Zbigniew Bogucki najwyraźniej uznał, że najlepszym sposobem na obalenie tej tezy będzie napisanie wpisu wyglądającego jak modelowy przykład paniki.
Szef Kancelarii Prezydenta rzucił się na premiera z „niepoczytalnością”, „bełkotem”, „rozedrganiem”, „desperacją”, „psami gończymi”, „kryptopremierem” i „kryptopaństwem”. Było wszystko, czego można oczekiwać od internetowej awantury, a trochę mniej tego, czego można oczekiwać od jednego z najważniejszych urzędników państwa. Bogucki chciał pokazać Tuska przypartego do muru. Pokazał głównie, jak łatwo kilka zdań premiera potrafi wyprowadzić szefa prezydenckiej kancelarii z równowagi.
Tusk nie zapytał jednak Boguckiego, kto potrafi wymyślić bardziej obraźliwe określenie przeciwnika. Postawił konkretny zarzut dotyczący prac nad ustawą o rynku kryptoaktywów. „Przyszła poprawka, podpisana przez pana ministra Boguckiego (…), która powołując się na prawa i wolności konstytucyjne, próbowała wyrzucić de facto ten artykuł” – powiedział premier. Według Tuska chodziło o przepis pozwalający państwu blokować strony internetowe, których działalność mogła narażać Polaków na straty.
Bogucki odpowiada, że to manipulacja, ponieważ proponowana przez niego zmiana „nie eliminowała możliwości blokowania domen internetowych przez KNF”. I bardzo dobrze, że to mówi. Teraz wystarczy położyć na stole obie wersje przepisu, pokazać dokumentację, chronologię powstawania poprawki i wyjaśnić, kto konsultował jej treść. Byłaby to całkiem interesująca debata o granicach ingerencji państwa. Niestety Boguckiemu najwyraźniej sama merytoryka wydała się zbyt mało widowiskowa, więc postanowił obudować ją toną politycznego konfetti.
Wśród argumentów pojawia się nawet zdjęcie Tuska z koszulką Zondacrypto. „Pan ma zdjęcie z lutego 2026 r. z koszulką Zondacrypto. Ja takich zdjęć nie mam” – triumfuje Bogucki. Można oczywiście pytać o kontakty premiera i jego ministrów z firmą, ale fotografia nie wyjaśnia ani treści poprawki, ani okoliczności jej powstania. W sporze dotyczącym konkretnych przepisów prawa argument „a pan ma zdjęcie w koszulce” brzmi raczej jak próba zmiany tematu niż nokautująca odpowiedź.
Kontakty ludzi obecnej władzy z Zondacrypto należy zresztą sprawdzić. Jeśli przedstawiciele firmy konsultowali przepisy w Ministerstwie Finansów, opinia publiczna powinna wiedzieć, czego dotyczyły rozmowy. Jeżeli Tusk czy jego ministrowie uczestniczyli w wydarzeniach sponsorowanych przez firmę, również można o to pytać. Premier nie powinien mieć żadnej taryfy ulgowej. Tyle że ewentualne problemy rządu nie anulują pytań kierowanych do Boguckiego.
Szef prezydenckiej kancelarii stosuje bowiem metodę polityczną starą jak świat: kiedy robi się niewygodnie, należy wskazać palcem przeciwnika i krzyknąć jeszcze głośniej. Tusk pyta o poprawkę – Bogucki odpowiada Tuskiem. Tusk pyta o proces legislacyjny – Bogucki odpowiada wydarzeniami sponsorowanymi przez Zondacrypto. Premier podnosi kwestię możliwości blokowania niebezpiecznych stron – szef kancelarii odkrywa „kryptopaństwo”. Można podziwiać tempo tej ekwilibrystyki, ale podstawowe pytanie jakoś nie chce zniknąć.
Jeszcze zabawniej robi się pod koniec wpisu. „Może Pan wypuścić na mnie wszystkie swoje polityczne i medialne psy gończe, uruchomić machinę wszystkich służb i prokuratury, niech szukają, przesłuchują, prześwietlają, węszą i podsłuchują” – pisze Bogucki. Brakuje już tylko muzyki Ennia Morricone. Samotny minister stoi na wzgórzu, na horyzoncie nadciągają hordy Tuska, a on pozostaje ostatnim obrońcą prawdy. Jak na człowieka przekonującego chwilę wcześniej, że to premier jest „rozedrgany”, Bogucki stworzył zaskakująco dramatyczny autoportret.
Tusk ma rację przynajmniej w jednym: sprawę trzeba wyjaśnić poprzez dokumenty, nazwiska i chronologię wydarzeń. Jeżeli premier manipuluje, dokumentacja prac legislacyjnych pozwoli to wykazać. Jeżeli zaś poprawka Boguckiego rzeczywiście odpowiadała postulatom zgłaszanym przez Zondacrypto, tym bardziej trzeba ustalić, jak do tego doszło. Właśnie temu powinny służyć instytucje państwa, a nie pojedynkom na najbardziej wymyślne obelgi.
Bogucki chciał swoim wpisem urządzić polityczną egzekucję Tuska. Tymczasem osiągnął efekt niemal odwrotny: usłyszał zarzut o „panice” i odpowiedział tyradą tak gwałtowną, że sam nadał temu określeniu dodatkowej wiarygodności. „Niepoczytalność”, „bełkot”, „psy gończe”, „kryptopremier” – im więcej było huku, tym bardziej brakowało spokojnej, precyzyjnej odpowiedzi na sedno zarzutu.
Po całej tej kanonadzie Tusk nadal może więc zadać Boguckiemu dokładnie to samo pytanie: co naprawdę stało za próbą zmiany artykułu 67 i komu ta zmiana miała służyć? Jeżeli Bogucki ma mocne argumenty, powinien je przedstawić. Jeśli ma dokumenty, powinien je pokazać. Bo w polityce można zagłuszyć przeciwnika na kilka godzin, ale dokumentów nie da się zakrzyczeć. I właśnie dlatego po wielkiej szarży Boguckiego to Tusk może spokojnie czekać na odpowiedź.











