Radosław Sikorski trafił w sedno, kiedy przypomniał Karolowi Nawrockiemu rzecz w demokracji elementarną: „prezydent nie jest w naszym systemie królem, ani tym bardziej Królem-Słońce”. To zdanie jest złośliwe, ale problem, który opisuje, wcale zabawny nie jest. Karol Nawrocki coraz wyraźniej zachowuje się bowiem tak, jakby wybór na prezydenta dawał mu prawo nie tylko do wykonywania konstytucyjnych kompetencji, lecz także do uczestniczenia w zarządzaniu rządem, wpływania na politykę kadrową resortów i stawiania własnych warunków ministrom.
Sikorski napisał: „Konstytucyjną rolą prezydenta RP nie jest weryfikowanie decyzji Sejmu ani prowadzenie polityki kadrowej, ani decydowanie o składzie Rady Ministrów”. Trudno znaleźć prostsze przypomnienie zasad ustrojowych. Polska nie jest republiką prezydencką. Prezydent ma istotne kompetencje, ale nie jest drugim premierem i nie kieruje ministerstwami. Tym bardziej nie powinien próbować wykorzystywać swoich uprawnień nominacyjnych do zdobywania wpływu na obsadę stanowisk należących faktycznie do polityki rządu.
Najlepiej widać to na przykładzie ambasadorów. Konflikt trwa od 2024 roku, a pod rządami Nawrockiego nie zniknął. Na początku września Sikorski mówił o 46 kandydaturach czekających na decyzję prezydenta i podkreślał, że zdecydowana większość z nich to zawodowi dyplomaci. Nie mówimy więc o próbie wysłania na wszystkie placówki partyjnych kolegów ministra. Mówimy o funkcjonowaniu polskiej służby zagranicznej, która nie powinna być zakładnikiem politycznego przeciągania liny między Pałacem Prezydenckim a rządem.
Sikorski próbował zresztą znaleźć kompromis. Według przedstawianej wcześniej propozycji przy obsadzie stu stanowisk część kandydatów miał wskazać MSZ, część prezydent, a ogromną większość mieli stanowić zawodowi dyplomaci spoza politycznego rozdania. Można się spierać, czy nawet taki kompromis był konieczny, ale trudno twierdzić, że minister próbował całkowicie wypchnąć prezydenta z procesu. Przeciwnie: oferował mu wpływ większy, niż wynikałby z prostego podporządkowania polityki zagranicznej rządowi.
Nawrocki przedstawia własną wersję wydarzeń. Twierdzi, że porozumienie było już niemal gotowe, lecz zostało zablokowane po stronie rządowej. Nawet jeśli przyjąć tę opowieść, nie zmienia ona zasadniczego pytania: czy prezydent może uzależniać wykonywanie swoich kompetencji od uzyskania wpływu na politykę kadrową MSZ? Sikorski uważa, że nie. I ma mocne argumenty, kiedy mówi, że prezydent próbuje w ten sposób wymusić możliwość „rządzenia kadrami MSZ”.
To właśnie tutaj kończy się konstytucyjna współpraca, a zaczyna próba poszerzania własnej władzy. Prezydent może mieć własne zdanie o polityce zagranicznej. Może rozmawiać z premierem i ministrem, przekonywać, ostrzegać, proponować. Nie może jednak budować alternatywnego centrum rządzenia tylko dlatego, że jego podpis jest potrzebny pod określonym dokumentem.
Porównanie do Króla-Słońce jest więc celne nie dlatego, że Nawrocki zachowuje się jak Ludwik XIV, lecz dlatego, że najwyraźniej chciałby interpretować swoje kompetencje maksymalnie szeroko. Problem w tym, że Pałac Prezydencki to nie Wersal, a polska konstytucja nie zna zasady „państwo to ja”. Im szybciej Karol Nawrocki to zaakceptuje, tym lepiej dla polskiej dyplomacji i dla państwa. Sikorski, przypominając mu granice urzędu, broni nie własnego resortowego folwarku, lecz zwyczajnej logiki parlamentarnej demokracji.











