Jarosław Kaczyński najwyraźniej nie uznaje konfliktów małych, zwyczajnych ani takich, które można rozstrzygnąć za pomocą przepisów i sądów. W jego politycznym świecie każdy spór musi natychmiast stać się częścią większego planu, każda decyzja obecnej władzy zapowiedzią następnej, jeszcze straszniejszej, a każda interwencja policji niemal próbą generalną przed obaleniem ustroju. Teraz prezes PiS odkrył, że spór o rektora Akademii Wymiaru Sprawiedliwości jest w rzeczywistości przygotowaniem do przejęcia Trybunału Konstytucyjnego.
Sama sytuacja w Akademii jest oczywiście poważna i wymaga wyjaśnienia. Minister sprawiedliwości Waldemar Żurek twierdzi, że odwołał Michała Sopińskiego z funkcji rektora-komendanta. Sopiński odpowiada, że decyzja ministra jest nielegalna. Pojawia się policja, jest spór o możliwość wejścia do budynku, politycy PiS organizują kontrolę poselską. Wszystko to może i powinno zostać ocenione pod względem prawnym.
Kaczyński jednak nie zamierza czekać na takie rozstrzygnięcie. On już wie. „Jest tam nielegalna próba zmiany rektora” – oznajmił. Nie powiedział, że jego zdaniem decyzja jest niezgodna z prawem albo że istnieją poważne wątpliwości prawne. Wyrok został wydany na konferencji prasowej. To zresztą charakterystyczny paradoks politycznego stylu prezesa PiS: bardzo chętnie mówi o konieczności przestrzegania prawa, pod warunkiem że to on może wcześniej obwieścić, co prawem jest, a co nim nie jest.
Ale spór o rektora był dla Kaczyńskiego zdecydowanie za mały. Potrzebna była większa opowieść. Dlatego pojawił się Trybunał Konstytucyjny. „Pewnie ważniejszą przyczyną jest przeprowadzenie takiej próby generalnej przed próbą przejęcia Trybunału Konstytucyjnego” – stwierdził prezes PiS. Według niego miałoby to być działanie „skrajne”, stanowiące „akt łamania konstytucji w sposób totalny”.
Problem jest zasadniczy: gdzie są dowody na tę „próbę generalną”? Skąd Kaczyński wie, że wydarzenia w Akademii mają przygotowywać operację dotyczącą Trybunału? Kto podjął taką decyzję? Jaki jest plan? Jakie fakty łączą oba wydarzenia? Tego prezes PiS nie wyjaśnia. Zamiast dowodów otrzymujemy słowo „pewnie”. I właśnie na tym „pewnie” budowana jest następnie wizja totalnego łamania konstytucji.
To bardzo wygodny sposób uprawiania polityki. Nie trzeba niczego udowadniać. Wystarczy połączyć dwa niezależne wydarzenia, zasugerować istnienie ukrytego planu i pozostawić resztę wyobraźni własnych wyborców. Akademia dzisiaj, Trybunał jutro, a pojutrze zapewne kolejna instytucja. W ten sposób można utrzymywać sympatyków PiS w permanentnym przekonaniu, że właśnie rozpoczyna się decydująca bitwa o Polskę.
Kaczyński stosuje tę metodę od dawna. W jego narracji prawie nigdy nie ma zwykłego politycznego sporu. Są za to „bezprawie”, „przejęcie”, „atak”, „łamanie konstytucji” i kolejne momenty dziejowego zagrożenia. Im bardziej PiS potrzebuje mobilizacji własnego elektoratu, tym częściej prezes odnajduje kolejną barykadę, na której trzeba natychmiast stanąć.
Tyle że demokracja nie może funkcjonować w stanie permanentnej histerii. Jeżeli Żurek złamał prawo, należy to wykazać. Jeżeli odwołanie rektora było bezprawne, istnieją procedury pozwalające tę decyzję podważyć. Jeżeli natomiast Kaczyński posiada informacje o przygotowywanym bezprawnym przejęciu Trybunału Konstytucyjnego, powinien je przedstawić. Samo „pewnie” nie wystarcza.
Najbardziej uderzające jest to, że były wicepremier i wieloletni lider największej partii opozycyjnej zachowuje się coraz częściej nie jak polityk proponujący rozwiązania, lecz jak komentator własnych teorii o nadchodzącej katastrofie. Z każdego konfliktu próbuje zrobić bitwę o wszystko, bo politycznie właśnie w takim świecie czuje się najlepiej.
Kaczyński znów znalazł zamach na państwo. Tym razem zaczęło się od sporu o rektora. A skończyło – jak zwykle – na wizji zagrożonej konstytucji i demokracji. Problem w tym, że kiedy alarm ogłasza się bez przerwy, w końcu coraz mniej ludzi zwraca uwagę na syrenę.











