Jarosław Kaczyński po raz kolejny zrobił to, co od lat wychodzi mu najlepiej: pojawił się tam, gdzie można zbudować polityczny spektakl, ogłosić koniec demokracji i postawić się w roli ostatniego obrońcy państwa. Tym razem sceną stała się Akademia Wymiaru Sprawiedliwości. Zamiast poczekać na rozstrzygnięcie sporu prawnego dotyczącego stanowiska rektora, prezes PiS przyjechał pod budynek uczelni, dołączył do politycznej demonstracji i natychmiast zaczął kreślić wizję nadchodzącego zamachu na państwo.
To już dobrze znany scenariusz. Każdy spór administracyjny staje się dla Kaczyńskiego dowodem na upadek demokracji. Każda decyzja obecnej władzy urasta do rangi historycznego przesilenia, a każda obecność policji jest przedstawiana niemal jako zapowiedź końca państwa prawa. Trudno oprzeć się wrażeniu, że lider PiS bardziej niż rozwiązaniem problemu interesuje się stworzeniem kolejnego frontu politycznej awantury.
Przypomnijmy, od czego wszystko się zaczęło. Minister sprawiedliwości Waldemar Żurek twierdzi, że odwołał Michała Sopińskiego z funkcji rektora-komendanta Akademii Wymiaru Sprawiedliwości. Sopiński uważa tę decyzję za nielegalną. Jest więc spór kompetencyjny i prawny, który powinien zostać rozstrzygnięty według obowiązujących procedur. Kaczyński jednak nie potrzebował ani orzeczenia sądu, ani spokojnej analizy przepisów. Potrzebował mikrofonu.
„Bezprawie totalne” – ogłosił przed budynkiem uczelni. Już samo to sformułowanie pokazuje charakter jego politycznego języka. Nie ma miejsca na wątpliwość, spór czy interpretację prawa. Jest „totalne bezprawie”. Chwilę później pojawiła się jeszcze poważniejsza teoria. Zdaniem Kaczyńskiego cała sytuacja może być „próbą sprawdzenia, jaka jest reakcja społeczna przed atakiem na Trybunał Konstytucyjny”.
To już nie analiza, lecz polityczna fantazja przedstawiana jako niemal pewnik. Prezes PiS mówi, że „przede wszystkim chodzi o spróbowanie tego, co się będzie działo”, sugerując istnienie szerzej zakrojonego planu. Dowodów jednak nie przedstawia. Zamiast nich otrzymujemy charakterystyczny dla Kaczyńskiego mechanizm budowania napięcia: jeśli wydarzyło się A, to prawdopodobnie ktoś przygotowuje B, a za chwilę może nastąpić C, czyli katastrofa państwa.
W ten sposób zwykły obywatel ma odnieść wrażenie, że właśnie obserwuje pierwszy akt wielkiego zamachu na demokratyczny porządek. To wygodna metoda polityczna, bo pozwala PiS nieustannie utrzymywać własnych wyborców w stanie mobilizacji. Nie wystarczy powiedzieć, że rząd podjął złą albo nawet bezprawną decyzję. Trzeba jeszcze dodać, że za rogiem czeka już Trybunał Konstytucyjny, upadek demokracji i utrata suwerenności.
Kaczyński poszedł zresztą dalej. Wezwał „wszystkie władze, które nie podlegają Tuskowi”, aby podejmowały działania, a następnie stwierdził, że Polska „musi być suwerenna, musi być demokratyczna” i że są to „prawa najwyższe”. Problem w tym, że w demokratycznym państwie nie polityk decyduje według własnego uznania, które normy są „najwyższe” i jak należy z tego powodu interpretować przepisy. Od tego są konstytucja, ustawy i sądy, a nie przemówienie prezesa partii przed kamerami.
Jeszcze bardziej znamienne było wezwanie do zdobywania szerokiego poparcia społecznego „wszelkimi możliwymi sposobami”. Kaczyński wrócił nawet do PRL-owskiego powiedzenia, że „konstytucją jest cena kiełbasy”, by przekonywać, iż dziś nie chodzi już o ceny, ale o samą demokrację i suwerenność. To typowy dla niego sposób podnoszenia stawki. Każdy konflikt musi stać się konfliktem o wszystko.
Tyle że od ciągłego ogłaszania stanu wyjątkowego rzeczywiste problemy nie stają się ani prostsze, ani łatwiejsze do rozwiązania. Jeżeli decyzja ministra Żurka jest niezgodna z prawem, należy ją zaskarżyć i wykazać to przed właściwymi organami. Jeżeli policja przekroczyła swoje uprawnienia, trzeba to udokumentować. Ale Kaczyński znowu wybiera uliczny spektakl, wielkie słowa i sugestię nadchodzącej katastrofy.
I właśnie w tym tkwi coraz większy problem PiS. Partia, która przez osiem lat rządziła Polską, zamiast zachowywać się jak poważna opozycja, coraz częściej przypomina grupę permanentnie szukającą kolejnej barykady. A Jarosław Kaczyński wydaje się czuć najlepiej właśnie wtedy, gdy można ogłosić alarm, znaleźć przeciwnika i rozpocząć kolejną polityczną awanturę. Znowu szuka draki. I znowu próbuje wmówić Polakom, że od tej jednej awantury zależy los całego państwa.











