Donald Tusk w Kielcach powiedział rzecz, która powinna być oczywista dla każdego poważnie myślącego o bezpieczeństwie państwa: „Polskie i europejskie bezpieczeństwo nie może zależeć od kaprysu jednego człowieka”. Trudno o celniejsze podsumowanie lekcji, jaką Europa wyciąga z wojny w Ukrainie i rosnącej zależności od prywatnych systemów technologicznych. Jeśli państwo nie kontroluje kluczowej infrastruktury komunikacyjnej, to jego suwerenność zawsze pozostaje częściowo umowna.
Dlatego zapowiedź prac nad „polskim Starlinkiem” nie powinna być traktowana jak efektowny slogan z targów zbrojeniowych. Tusk sam zaznaczył, że jest to dziś jeszcze „marzenie” i „wizja”, ale jednocześnie podkreślił: „To nie jest mrzonka”. To ważne rozróżnienie. Polityka państwa nie polega wyłącznie na administrowaniu tym, co już istnieje. Polega również na wyznaczaniu celów, które za kilka czy kilkanaście lat mogą przesądzać o bezpieczeństwie kraju.
Wojna w Ukrainie pokazała brutalnie, jak wielkie znaczenie ma nowoczesna łączność. „Bez łączności nie ma czego szukać na nowoczesnym polu walki” – mówił Tusk. I trudno z tym polemizować. Drony, systemy rozpoznania, dowodzenie, przesyłanie danych, koordynacja wojsk i odporność na zakłócenia coraz bardziej zależą od infrastruktury satelitarnej. Państwo, które nie ma wpływu na te systemy, uzależnia swoją zdolność działania od cudzych decyzji.
Tu właśnie pojawia się problem Starlinka i Elona Muska. Niezależnie od oceny jego osiągnięć biznesowych, absurdalne byłoby budowanie strategicznego bezpieczeństwa Polski czy Europy na założeniu, że prywatny przedsiębiorca zawsze będzie miał interes zbieżny z interesem państw NATO. Tusk powiedział to wprost: „Bez własnej łączności satelitarnej nie można mówić o pełnym bezpieczeństwie”. To nie jest atak na prywatny biznes. To elementarna zasada polityki państwowej.
Ktoś może oczywiście zapytać, czy Polska rzeczywiście jest w stanie stworzyć własny odpowiednik Starlinka. Tusk odpowiada na to ostrożnie, ale ambitnie. „Mamy ludzi utalentowanych, zdeterminowanych, a państwo polskie jest dobrze zorganizowane” – przekonywał. Wskazywał również, że Polska może odegrać rolę państwa wiodącego w Europie w budowie technologicznej autonomii. I nawet jeśli droga do takiego systemu będzie długa i kosztowna, samo postawienie tego celu jest rozsądniejsze niż pogodzenie się z trwałą zależnością od amerykańskich korporacji.
Warto też zauważyć, że Tusk nie mówi o izolacji Polski. Przeciwnie, mówi o europejskiej współpracy i o budowaniu zdolności, które zwiększą bezpieczeństwo całego kontynentu. To dokładnie taki rodzaj suwerenności, którego Europa potrzebuje: nie samotność, lecz możliwość samodzielnego działania wtedy, gdy wymaga tego sytuacja.
Przez lata w Polsce słowo „suwerenność” było używane głównie jako hasło w sporach z Brukselą. Tymczasem prawdziwa suwerenność ma bardzo konkretny wymiar. To własne źródła energii, własne zdolności obronne, własna produkcja amunicji, własne technologie i własna infrastruktura komunikacyjna. Można wygłaszać najostrzejsze przemówienia o niezależności państwa, ale jeżeli jednym ruchem przełącznika ktoś za granicą może ograniczyć kluczową łączność, to ta niezależność ma wyraźne granice.
Dlatego pomysł Tuska należy potraktować poważnie. Nie dlatego, że stworzenie polskiego Starlinka będzie proste, lecz właśnie dlatego, że będzie trudne. Państwa, które chcą odgrywać znaczącą rolę, muszą podejmować ambitne projekty technologiczne, zamiast przez kolejne dekady kupować gotowe rozwiązania od innych.
„Za kilka lat spotkamy się (…) i pochwalimy się całemu światu, że mamy to” – mówił premier. Oby tym razem polityczna zapowiedź rzeczywiście zamieniła się w konsekwentnie realizowany program. Bo jeśli Polska ma być bezpieczna w coraz bardziej nieprzewidywalnym świecie, nie może czekać, aż ktoś inny zapewni jej łączność. Tusk ma rację: bezpieczeństwa państwa nie wolno uzależniać od czyjegoś kaprysu.











