Radosław Piesiewicz miał być jednym z symboli nowych ludzi polskiego sportu: dynamicznych, skutecznych, potrafiących zdobywać pieniądze i budować wielkie projekty. Jego kariera rozwijała się błyskawicznie, a politycy związani z PiS patrzyli na nią z wyraźną życzliwością. Dziś zamiast pytań o kolejne sukcesy prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego mamy jednak pytania o miliony, umowy i zainteresowanie służb. I wypada zapytać tych, którzy Piesiewicza wspierali: naprawdę nie widzieliście żadnego problemu?
„Rzeczpospolita” opisuje sprawę 3 mln zł przekazanych PKOl przez spółkę Massimo Found. Według ustaleń służb pieniądze mogły pochodzić „z korzyści związanych z popełnieniem czynu zabronionego”, a jedna z zawartych przez PKOl umów jest badana pod kątem możliwego mechanizmu prania pieniędzy. To niezwykle poważne podejrzenie, choć trzeba wyraźnie zaznaczyć: nie jest ono równoznaczne ze stwierdzeniem winy Piesiewicza ani kogokolwiek innego. Od ustalenia faktów są prokuratura i sąd.
Politycznie sprawa już teraz wygląda jednak fatalnie. PKOl przyznał „Rzeczpospolitej”, że „nie posiada żadnych informacji o sytuacji finansowej wspomnianej spółki”. Trudno przejść nad takim stwierdzeniem obojętnie. Mówimy przecież o trzech milionach złotych, które trafiły do jednej z najważniejszych organizacji sportowych w kraju.
Jeszcze więcej pytań rodzi sytuacja finansowa samej spółki opisywana przez „Rzeczpospolitą”. Pod koniec 2023 roku miała ona nie wykazywać środków pieniężnych, a już kilka miesięcy później była w stanie przekazać PKOl 3 mln zł. Właśnie źródło tych pieniędzy oraz mechanizm ich przepływu zainteresowały służby. I nawet jeśli ostatecznie okaże się, że wszystko odbyło się legalnie, trudno uznać taki obraz finansowania PKOl za wzorcowy przykład przejrzystości.
A przecież Piesiewicz nie spadł na polski sport z nieba. Jego błyskawiczna kariera przypadła na okres rządów PiS i bliskiej współpracy kierowanych przez niego organizacji ze spółkami Skarbu Państwa. Media wielokrotnie opisywały jego dobre relacje z Jackiem Sasinem. Sam Piesiewicz odrzucał sugestie, że swoją pozycję zawdzięczał politycznej protekcji, ale polityczna sympatia wobec jego kariery nie była żadną tajemnicą.
Po jego wyborze na prezesa PKOl ówczesny minister sportu Kamil Bortniczuk mówił: „Przyjmuję wybór Radosława Piesiewicza na prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego z nadzieją na bardzo dobrą współpracę”. Chwalił również „bardzo ambitny program” nowego prezesa. Wtedy Piesiewicz miał być człowiekiem, który potrafi zapewnić polskiemu sportowi większe pieniądze. Dziś właśnie pieniądze stały się jednym z największych problemów wizerunkowych jego prezesury.
I dlatego politycy PiS nie powinni teraz udawać przypadkowych przechodniów. Kiedy Piesiewicz piął się po kolejnych szczeblach sportowej hierarchii, jego sukcesy chętnie przedstawiano jako dowód skuteczności nowego modelu zarządzania. Kiedy spółki Skarbu Państwa szeroko otwierały portfele dla sportu, politycy władzy chętnie fotografowali się przy kolejnych przedsięwzięciach. Skoro wtedy chcieli uczestniczyć w sukcesie, dziś powinni mieć odwagę uczestniczyć również w rozliczeniu tego modelu.
Najważniejsze pytanie nie brzmi więc nawet, czy Piesiewicz osobiście wiedział o ewentualnych problemach z pochodzeniem pieniędzy. To muszą ustalić śledczy. Pytanie polityczne brzmi inaczej: jak funkcjonował system, w którym tak wiele zależało od znajomości, politycznego zaufania, sponsorów ze spółek państwowych i zdolności do zdobywania kolejnych milionów?
PiS przez lata zapewniało Polaków, że buduje nowe elity. Piesiewicz miał być jedną z twarzy tej zmiany. Teraz politycy, którzy kibicowali jego karierze, powinni przestać zachowywać się tak, jakby nigdy go nie znali.
Bo kiedy było dobrze, chętnych do stania obok Piesiewicza nie brakowało. Teraz, kiedy pojawiły się pytania o trzy miliony i zainteresowanie służb, przyszła pora, żeby dawni polityczni admiratorzy wyjaśnili, dlaczego tak bardzo wierzyli właśnie w niego.











