Antoni Macierewicz najwyraźniej nie potrafi zniknąć z pierwszych stron gazet, choć ostatnio pojawia się na nich z powodów, z których trudno być dumnym. Były minister obrony, zamiast spokojnej politycznej emerytury, funduje opinii publicznej kolejne awantury. Tym razem sprawa jest poważniejsza niż zwykła wymiana ostrych słów, bo po incydencie z policjantem przed Akademią Wymiaru Sprawiedliwości minister Marcin Kierwiński zdecydował o skierowaniu zawiadomienia do prokuratury.
Na nagraniu, które trafiło do internetu, widać Macierewicza rozmawiającego z funkcjonariuszem blokującym politykom PiS wejście do budynku uczelni. Były szef MON powołuje się na mandat poselski, zapowiada policjantowi konsekwencje sądowe, a następnie łapie go za element munduru, próbując odczytać nazwisko. Ocena prawna tego zachowania należy oczywiście do prokuratury i ewentualnie sądu. Politycznie obraz jest jednak fatalny: były minister polskiego rządu próbuje fizycznie ustawiać funkcjonariusza wykonującego obowiązki służbowe.
Kierwiński zareagował jednoznacznie. „Po skandalicznym zachowaniu Macierewicza wobec funkcjonariuszy Policji zdecydowałem o złożeniu do prokuratury zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa przez Antoniego Macierewicza” – poinformował. Następnie dodał jeszcze mocniej: „Dość tego. Macierewicz musi odpowiedzieć za atak na polskich policjantów”. Trudno oczekiwać od szefa MSWiA, aby w podobnej sytuacji udawał, że nic się nie wydarzyło.
Warto zwrócić uwagę na osobliwą sprzeczność. PiS przez lata przedstawiało się jako partia porządku, szacunku dla munduru i silnego państwa. Gdy jednak funkcjonariusz nie wykonuje polecenia polityka PiS, lecz swoje obowiązki, szacunek dla munduru najwyraźniej może szybko ustąpić miejsca groźbom i szarpaniu za ten właśnie mundur. Legitymacja poselska nie jest przecież przepustką pozwalającą parlamentarzyście robić wszystko, czego akurat zażąda.
Dla Macierewicza jest to tym bardziej kłopotliwe, że nie mówimy o pojedynczym obrazie wyrwanym z całkowicie spokojnego politycznego życiorysu. Zaledwie kilka dni wcześniej podczas miesięcznicy smoleńskiej na placu Piłsudskiego doszło do szarpaniny z udziałem byłego ministra i protestujących. Nagrania pokazywały Macierewicza wymachującego przedmiotem, który próbowano mu odebrać. Media opisywały również sprawę tabliczki protestujących spryskanej farbą, choć w tym przypadku odpowiedzialności polityka nie należy przesądzać bez ustalenia faktów.
Powstaje jednak pytanie, jak długo PiS zamierza tolerować zachowanie jednego ze swoich najbardziej rozpoznawalnych polityków. Macierewicz od dawna funkcjonuje jak osobna instytucja, której zwykłe polityczne reguły jakby nie obowiązywały. Jego pozycja w prawicowej mitologii smoleńskiej przez lata dawała mu wyjątkową ochronę. Dzisiaj coraz częściej wygląda to jednak nie jak polityczny kapitał, lecz jak poważne obciążenie.
W tym sensie decyzja Kierwińskiego jest właściwa. Minister nie orzeka o winie Macierewicza i nie powinien tego robić. Składa zawiadomienie, a więc uruchamia procedurę, w której zachowanie posła ma zostać ocenione przez właściwe organy. W państwie prawa właśnie tak powinno się reagować, gdy pojawia się podejrzenie przekroczenia granicy dozwolonego zachowania wobec policjanta.
Macierewicz ma więc kolejne kłopoty, a jego polityczna legenda coraz częściej zderza się z dużo mniej heroiczną rzeczywistością. Można protestować, spierać się z policją i kwestionować decyzje władz. Nie można natomiast zakładać, że mandat poselski daje prawo do traktowania funkcjonariusza jak podwładnego. Kierwiński powiedział „dość”. Teraz prokuratura powinna spokojnie ustalić, czy Macierewicz przekroczył nie tylko granice politycznej przyzwoitości, ale również prawa.











