Na prawicy trwa dziś spektakl, który jego uczestnikom wydaje się zapewne wydarzeniem epokowym. Mateusz Morawiecki zerwał z PiS, stworzył własny klub, zapowiedział nową partię, Jarosław Kaczyński odpowiedział wykluczeniami i dyscypliną. Problem polega na tym, że dla większości Polaków ta wojna frakcyjna jest po prostu mało istotna. Sondaż SW Research pokazuje to dość brutalnie: 29,9 proc. badanych nie ma nawet zdania, czy PiS i Rozwój Plus wystartują razem w wyborach w 2027 roku.
To liczba bardzo wymowna. Niemal co trzeci ankietowany patrzy na rozłam w obozie byłej władzy i najwyraźniej wzrusza ramionami. Dla ludzi ważniejsze są ceny, bezpieczeństwo, podatki, mieszkania, zdrowie czy perspektywy ich dzieci niż pytanie, czy Morawiecki dogada się z Kaczyńskim. Tymczasem politycy prawicy zachowują się tak, jakby od układu między Nowogrodzką a Rozwojem Plus zależały losy państwa.
Sondaż jest zresztą niemal idealnie podzielony. 35,4 proc. badanych uważa, że wspólnej listy nie będzie, a 34,7 proc. przewiduje, że jednak może do niej dojść. Różnica jest minimalna. Trudno więc mówić o jakimkolwiek społecznym przekonaniu co do przyszłości obu formacji. Można za to powiedzieć coś innego: wyborcy nie widzą dziś w tym sporze wyraźnego politycznego sensu.
Jeszcze gorzej dla Morawieckiego wyglądają badania poparcia. Według przywoływanego sondażu CBOS PiS może liczyć na 15 proc., a Rozwój Plus na 3,7 proc. Były premier, który jeszcze niedawno kierował rządem i przedstawiał się jako jeden z najważniejszych polityków Europy Środkowej, dziś stoi na czele formacji balansującej poniżej progu wyborczego. To dość bolesne zderzenie ambicji z rzeczywistością.
Morawiecki najwyraźniej zakłada, że sam fakt rozłamu uczyni go automatycznie liderem nowej prawicy. Tymczasem rozłam nie jest jeszcze programem, a bunt przeciw Kaczyńskiemu nie zastępuje odpowiedzi na pytanie, po co właściwie istnieje Rozwój Plus. Były premier może opowiadać o modernizacji, gospodarce i nowoczesnym konserwatyzmie, ale na razie jego projekt bardziej przypomina schronienie dla polityków skonfliktowanych z kierownictwem PiS niż ruch zdolny przyciągnąć nowych wyborców.
Równie mało przekonująco wygląda zachowanie samego PiS. Uchwała zobowiązująca działaczy do opuszczenia stowarzyszeń „prowadzących działalność polityczną”, groźby wykluczeń, postępowania dyscyplinarne i ostateczne wyrzucenie 38 posłów oraz dwóch senatorów tworzą obraz partii zajętej przede wszystkim pilnowaniem własnego porządku. Kaczyński może oczywiście uznawać dyscyplinę za warunek przetrwania ugrupowania, ale wyborcy mogą zobaczyć coś zupełnie innego: partię bardziej zainteresowaną własnymi porachunkami niż odzyskiwaniem społecznego zaufania.
Sam prezes PiS informował, że „trzydziestu kilku” posłów zrezygnowało z członkostwa w partii. To nie jest już drobny konflikt personalny, lecz poważne pęknięcie dawnego obozu władzy. Mimo to trudno dostrzec, aby wywoływało ono w społeczeństwie szczególne emocje. I właśnie to powinno najbardziej niepokoić zarówno Morawieckiego, jak i Kaczyńskiego.
Największym problemem prawicy nie jest dziś bowiem to, czy wystartuje z jednej listy czy z dwóch. Problem polega na tym, że coraz mniej ludzi uważa te personalne wojny za coś, czym warto się przejmować. Morawiecki może budować partię, Kaczyński może wyrzucać kolejnych buntowników, a obie strony mogą codziennie ogłaszać zwycięstwo w kolejnej frakcyjnej potyczce. Jeśli jednak wyborcy przestaną patrzeć w ich stronę, cała ta wojna okaże się walką o dowodzenie na coraz mniejszym politycznym terytorium.











