Karol Nawrocki coraz wyraźniej próbuje rozszerzać swój polityczny repertuar. Historia już była, polityka bezpieczeństwa była, wielka geopolityka także. Teraz prezydent najwyraźniej postanowił spróbować sił jako ekonomista. Problem w tym, że z przedstawionej przez niego diagnozy gospodarczej wyłania się raczej zbiór efektownych haseł niż szczególnie odkrywcza koncepcja rozwoju.
Podczas spotkania z przedsiębiorcami z regionu Trójmorza Nawrocki zapowiedział, że Polska chce mocniej zaznaczyć swoją obecność podczas grudniowego szczytu G20 w Miami. „Chcę, aby w grudniu na szczycie G20 w Miami wybrzmiał głos całego Trójmorza” – mówił. Sama ambicja jest oczywiście słuszna. Polska powinna próbować budować swoją pozycję gospodarczą i polityczną, zwłaszcza w relacjach z państwami regionu. Gorzej, gdy przy okazji prezydent zaczyna wygłaszać tezy ekonomiczne tak ogólne, że właściwie trudno z nimi polemizować.
Najbardziej charakterystyczne było ostrzeżenie przed powrotem do „neoliberalnej wizji rozwoju”. Nawrocki przekonywał, że „dzika prywatyzacja i brak mechanizmów ochrony społecznej były normą podczas reform przełomu lat 80/90”. To wygodna politycznie konstrukcja, bo pozwala jednym zdaniem rozprawić się z całym, niezwykle skomplikowanym okresem polskiej transformacji. Tyle że od prezydenta zabierającego głos na temat gospodarki można oczekiwać czegoś więcej niż zestawu pojęć znanych z politycznych przemówień sprzed kilkunastu lat.
Transformacja po 1989 roku miała swoje koszty, błędy i ofiary społeczne. Miała jednak również rezultaty, bez których Polska nie znalazłaby się dziś w miejscu pozwalającym jej w ogóle aspirować do rozmów z największymi gospodarkami świata. Sprowadzanie tego procesu do „dzikiej prywatyzacji” jest więc może efektowne, ale ekonomicznie dość ubogie. Jeśli Nawrocki chce występować w roli krytyka modelu gospodarczego III RP, powinien najpierw pokazać model własny.
Prezydent próbuje go zarysować, mówiąc o koncepcji FDI+. Według niego inwestycje zagraniczne powinny być oceniane nie tylko przez pryzmat kapitału, lecz także „transferu technologii, udziału lokalnych dostawców, tworzenia centrów badawczo-rozwojowych i pozostawiania większej części wartości dodanej w kraju przyjmującym”. Brzmi rozsądnie. Kłopot polega na tym, że trudno znaleźć w tym coś szczególnie nowego. O jakości inwestycji zagranicznych, lokalnych łańcuchach dostaw, centrach badawczo-rozwojowych i transferze technologii ekonomiści oraz kolejne polskie rządy mówią od lat.
Podobnie jest z demografią. Nawrocki słusznie zauważa, że Europa zmaga się ze starzeniem społeczeństw i wzrostem bezdzietności. Zapowiada wspieranie rodzicielstwa, powrotów emigrantów oraz aktywności osób starszych. Wszystko to brzmi dobrze, ale nadal pozostaje na poziomie katalogu pobożnych życzeń. Najtrudniejsze pytanie brzmi przecież nie „co chcemy osiągnąć?”, lecz „jak to zrobić?”. Tego w prezydenckiej diagnozie jest zdecydowanie mniej.
Najbardziej konkretna wydaje się część dotycząca energetyki. „Odporność wymaga dywersyfikacji źródeł, kierunków dostaw i infrastruktury transgranicznej oraz rezygnacji z niebezpiecznej zależności od jednego dostawcy” – mówił Nawrocki. Tyle że i tutaj trudno mówić o przełomie intelektualnym. Po doświadczeniach Europy z rosyjskim gazem jest to dziś raczej punkt wyjścia każdej poważnej polityki energetycznej niż oryginalna polska recepta dla świata.
Prezydent zastrzegł zresztą rozsądnie: „Nie przedstawiamy uniwersalnej recepty ani jednego modelu rozwoju dla wszystkich”. I całe szczęście, bo z przedstawionych propozycji trudno byłoby taką receptę stworzyć. Na razie Karol Nawrocki jako ekonomista proponuje mieszankę społecznej solidarności, dobrych inwestycji, wsparcia rodzin, nowych technologii i bezpiecznej energii. Innymi słowy: wszystkiego, czego chciałby właściwie każdy rząd.
Być może na G20 potrzeba właśnie takiego języka. Jeżeli jednak Nawrocki chce zbudować wizerunek prezydenta, który ma własną wizję gospodarczą, powinien zejść o piętro niżej: od haseł do instrumentów, kosztów, podatków, regulacji i konkretnych decyzji. Bo na razie jego debiut w roli ekonomisty wygląda jak wykład, w którym najwięcej jest rzeczy słusznych, a najmniej takich, których wcześniej nie słyszeliśmy.











