Prawo i Sprawiedliwość ma kolejny kłopot z jednym ze swoich parlamentarzystów. Tym razem nie chodzi o wielomilionowe dotacje, Fundusz Sprawiedliwości czy decyzje podejmowane w zaciszu ministerialnych gabinetów, lecz o sytuację znacznie bardziej przyziemną. Ministerstwo Sprawiedliwości złożyło zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez posła PiS Janusza Cieszyńskiego. Według resortu podczas interwencji poselskiej miał on zabrać dokumenty będące częścią akt postępowania. Minister Waldemar Żurek nazywa rzecz po imieniu: „To jawne bezprawie”.
Sprawa dotyczy wydarzeń z 11 września i zamieszania wokół odwołania Michała Sopińskiego z funkcji rektora-komendanta Akademii Wymiaru Sprawiedliwości. Według Ministerstwa Sprawiedliwości Cieszyński podczas interwencji poselskiej „dokonał zatrzymania oraz wyniesienia” dokumentów z siedziby resortu. Chodziło między innymi o kopie notatek funkcjonariuszy Służby Więziennej oraz notatkę świadka. Wiceminister Maria Ejchart przypomniała przy tym oczywistą zasadę: „Uprawnienia kontrolne parlamentarzystów nie upoważniają do samowolnego zabierania ani rozpowszechniania dokumentów stanowiących część akt postępowania prowadzonego w resorcie”.
I właśnie tutaj znajduje się sedno całej historii. Interwencja poselska daje parlamentarzyście szerokie możliwości kontrolne, ale nie czyni z niego jednoosobowej komisji śledczej, policjanta i prokuratora w jednej osobie. Jeżeli dokument znajduje się w aktach prowadzonego postępowania, poseł nie może po prostu uznać, że od tej chwili będzie dysponował nim według własnego uznania. Gdyby zaakceptować taką interpretację poselskich uprawnień, każda kontrola mogłaby zamienić się w samowolne przejmowanie materiałów urzędowych.
Jeszcze poważniej wygląda informacja resortu, że 14 września stwierdzono brak kopii zarządzenia ministra sprawiedliwości z 9 września dotyczącego doręczenia Sopińskiemu decyzji ministra. Cyfrowe odwzorowanie tego samego dokumentu Cieszyński miał wcześniej opublikować w mediach społecznościowych. To oczywiście nie przesądza odpowiedzialności karnej posła – od tego jest postępowanie i ostatecznie sąd. Zawiadomienie do prokuratury nie jest wyrokiem, a Cieszyński korzysta z domniemania niewinności. Nie oznacza to jednak, że sprawę należy zbyć żartem.
Tymczasem właśnie na żart zdecydował się poseł PiS. Na słowa Żurka odpowiedział: „Panie Żurku, oddam za ksero, jeśli o to chodzi”. Tyle że nie chodzi o koszt wykonania kopii. Chodzi o granice uprawnień parlamentarzysty i zasadę, według której dokumenty znajdujące się w aktach państwowej instytucji nie stają się własnością posła tylko dlatego, że pojawił się w urzędzie z legitymacją parlamentarną. Dowcip Cieszyńskiego może dobrze wyglądać w mediach społecznościowych, ale prawnego problemu nie rozwiązuje.
Dlatego w tym sporze rację ma Waldemar Żurek, kiedy pisze: „Prawo obowiązuje każdego, a poseł ma obowiązek dawać przykład obywatelom, a nie stawiać się ponad prawem”. Można spierać się z ministrem o jego decyzje, politykę kadrową czy sposób reformowania wymiaru sprawiedliwości. Tutaj jednak wypowiada zasadę tak podstawową, że właściwie nie powinna ona budzić politycznych kontrowersji. Immunitet i mandat poselski mają chronić możliwość wykonywania funkcji parlamentarnej, a nie tworzyć strefę wolną od odpowiedzialności.
Dla PiS sprawa jest tym bardziej niewygodna, że wpisuje się w coraz dłuższą serię prawnych problemów ludzi związanych z poprzednią władzą. Każdy przypadek trzeba oczywiście oceniać oddzielnie i nikogo nie wolno uznawać za winnego przed prawomocnym rozstrzygnięciem. Politycznie powstaje jednak obraz partii, której przedstawiciele wyjątkowo często muszą dziś tłumaczyć, gdzie przebiegała granica pomiędzy wykonywaniem władzy lub mandatu a przekroczeniem przysługujących im uprawnień.
Cieszyński może więc nadal żartować z „ksera”. Prokuratura będzie musiała natomiast ustalić, czy rzeczywiście doszło do czynu mogącego wypełniać znamiona przestępstwa z art. 276 Kodeksu karnego. I być może najważniejsze zdanie w tej sprawie wypowiedział właśnie Żurek: poseł nie stoi ponad prawem. Jeśli politycy przez lata wymagali przestrzegania tej zasady od zwykłych obywateli, trudno znaleźć powód, dla którego miałaby ona przestać obowiązywać po przekroczeniu progu Sejmu.











