Marcin Przydacz postanowił przyjść z odsieczą Karolowi Nawrockiemu w sporze z Radosławem Sikorskim o ambasadorów. Problem w tym, że szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej nie przedstawił właściwie żadnego argumentu poza zacytowaniem jednego przepisu konstytucji. A kiedy argumentów zaczyna brakować, zawsze można jeszcze napisać coś o patrzeniu w lustro. Jak na urząd zajmujący się polityką międzynarodową, poziom debaty robi się więc zaskakująco podwórkowy.
Przydacz przypomniał art. 133 Konstytucji RP: „Prezydent Rzeczypospolitej mianuje i odwołuje pełnomocnych przedstawicieli Rzeczypospolitej Polskiej w innych państwach i przy organizacjach międzynarodowych”. Wszystko się zgadza. Tyle że spór nie dotyczy tego, czy prezydent podpisuje nominacje ambasadorskie. Dotyczy tego, czy z tego przepisu wynika prawo Pałacu Prezydenckiego do prowadzenia własnej polityki kadrowej w dyplomacji i dowolnego blokowania kandydatów przedstawianych przez rząd.
Na to pytanie Przydacz już nie odpowiada. Zamiast tego poucza Sikorskiego, że „byłoby dobrze, gdyby minister spraw zagranicznych zapoznał się z Konstytucją RP i zaprzestał dezinformowania opinii publicznej”. To efektowne zdanie na platformę X, ale nadal nie wyjaśnia istoty problemu. Cytowanie jednego artykułu konstytucji nie zastępuje przecież interpretacji całego ustrojowego mechanizmu prowadzenia polityki zagranicznej.
Sikorski wcześniej ujął problem znacznie celniej. Odpowiadając rzecznikowi Nawrockiego Rafałowi Leśkiewiczowi, napisał: „Nie jesteście ani biurem kadr MSZ, ani dworem Króla-Słońce”. I właśnie o to chodzi. Prezydent uczestniczy w procedurze mianowania ambasadorów, ale nie oznacza to automatycznie, że jego kancelaria może zamienić się w konkurencyjne Ministerstwo Spraw Zagranicznych, recenzujące kandydatów według własnych politycznych kryteriów.
Przydacz postanowił jednak przejąć metaforę Sikorskiego i odwrócić ją przeciwko ministrowi. „Nie jest Pan królem, którego prawo nie dotyczy. Nawet jeśli Pan tak o sobie myśli patrząc w lustro” – napisał. Można się uśmiechnąć, ale trudno znaleźć tutaj cokolwiek, co posuwałoby spór choćby o centymetr do przodu. Zamiast odpowiedzi na argument Sikorskiego dostaliśmy osobistą złośliwość.
Tymczasem problem jest bardzo konkretny. Sikorski informował, że na biurku prezydenta znajduje się 46 kandydatur ambasadorskich, w zdecydowanej większości zawodowych dyplomatów. Jednocześnie Pałac zgłasza zastrzeżenia choćby wobec Piotra Łukasiewicza, kierującego polską placówką w Kijowie. W chwili, gdy za polską wschodnią granicą trwa wojna, trudno uznać przeciąganie personalnej liny wokół ambasady w Ukrainie za szczególnie odpowiedzialny sposób prowadzenia polityki zagranicznej.
Co więcej, konstytucja, którą Przydacz tak chętnie cytuje, nie kończy się na jednym zdaniu art. 133. Polski ustrój nie ustanawia prezydenta samodzielnym szefem polityki zagranicznej. Rada Ministrów prowadzi politykę wewnętrzną i zagraniczną państwa, a prezydent w zakresie polityki zagranicznej współdziała z premierem i właściwym ministrem. To właśnie słowo „współdziała” powinno zainteresować Pałac znacznie bardziej niż kolejne pojedynki na uszczypliwości.
Sikorski ma więc podstawy, by protestować przeciw próbie uczynienia z Pałacu alternatywnego centrum zarządzania dyplomacją. Przydacz może cytować konstytucję, może pouczać ministra i może pisać o jego lustrze. Dopóki jednak nie odpowie na zasadnicze pytanie — dlaczego udział prezydenta w mianowaniu ambasadorów miałby oznaczać prawo do przejmowania polityki kadrowej MSZ — dopóty jego polemika pozostanie przede wszystkim efektownym wpisem w mediach społecznościowych. Argumentu nadal w niej nie będzie.











