Przez lata Daniel Obajtek był przedstawiany przez PiS jako menedżerski cudotwórca. Człowiek od wielkich projektów, wielkich przejęć i jeszcze większych konferencji prasowych. Orlen pod jego kierownictwem miał być dowodem, że państwowa spółka zarządzana przez ludzi związanych z obozem władzy potrafi skutecznie konkurować na światowych rynkach. Dziś, kiedy poznajemy kolejne szczegóły działalności Orlen Trading Switzerland, ten obraz wygląda coraz bardziej groteskowo. „Financial Times” ujawnił właśnie, że Orlen zapłacił 230 mln dolarów za wenezuelską ropę, która nigdy do Polski nie dotarła.
Skala tej historii jest trudna do zlekceważenia. Należąca do Orlenu szwajcarska spółka OTS zawarła umowę z Hannon International na dostarczenie około 6 mln baryłek ropy za 345 mln dolarów. Z góry przekazano aż 230 mln dolarów. Zakładany zysk miał wynosić około 25–30 mln. Innymi słowy: dla potencjalnego zarobku stanowiącego niewielką część wartości całej operacji wystawiono na ryzyko setki milionów dolarów. I to nie prywatnego właściciela, który może robić ze swoim majątkiem, co mu się podoba, lecz koncernu kontrolowanego przez państwo.
Jeszcze bardziej zdumiewająco brzmi opis sposobu przeprowadzenia transakcji. Pieniądze miały przechodzić przez pośredników w Dubaju, a rozliczenia z wenezuelskim PDVSA odbywać się w kryptowalucie USDT. W pewnym momencie zabrakło około 50 mln dolarów. Wenezuela nie otrzymała pełnej zapłaty, więc ropa nie została załadowana na statki. W tle pojawia się nawet założyciel Hannon International podróżujący do Wenezueli z pendrive’ami zawierającymi hasła do kryptowalut. Gdyby podobny scenariusz pojawił się w serialu o szemranych interesach naftowych, można byłoby uznać, że scenarzysta przesadził.
Tyle że nie był to serial. Tankowce wynajęte przez Orlen czekały, naliczając kolejne opłaty postojowe, ropa nie płynęła, a pieniądze zostały wcześniej przekazane. W marcu 2024 roku udało się otrzymać jedynie część zakontraktowanego oleju opałowego. Nowe kierownictwo Orlenu ostatecznie zerwało umowę, a koncern próbuje dziś odzyskać 230 mln dolarów w postępowaniu arbitrażowym. Co szczególnie istotne, sprawą zajmuje się również polska prokuratura, a byłemu kierownictwu Orlenu postawiono zarzuty dotyczące niewłaściwego zarządzania spółką.
I właśnie dlatego Daniel Obajtek nie może zbyć tej historii prostym argumentem, że w wielkim biznesie czasem ponosi się straty. Owszem, ponosi się. Ale obowiązkiem zarządu jest kontrolowanie ryzyka, sprawdzanie kontrahentów i ochrona majątku spółki. Jeżeli firma wykłada z góry 230 mln dolarów w transakcji prowadzonej przez pośredników i związanej z wyjątkowo ryzykownym rynkiem, podstawowe pytanie brzmi: kto zaakceptował taki poziom ryzyka i na podstawie jakich zabezpieczeń?
Odpowiedzialność nie kończy się jednak na Obajtku. Przez lata PiS uczynił z niego jednego z bohaterów własnej opowieści o „odzyskiwaniu” państwowych spółek. Jarosław Kaczyński mówił o nim przecież jako o człowieku posiadającym „coś takiego, co Pan Bóg daje raz na jakiś czas”. Obajtek nie był więc zwykłym prezesem Orlenu. Był politycznym symbolem, pokazywanym jako dowód przewagi pisowskiego modelu zarządzania państwem.
Teraz PiS musi przyjąć również rachunek za ten symbol. Nie można przez lata przypisywać sobie sukcesów prezesa państwowego koncernu, a kiedy pojawiają się informacje o setkach milionów dolarów utopionych w niedostarczonej ropie, nagle uznawać, że była to wyłącznie biznesowa decyzja menedżerów. Jeśli Obajtek był „człowiekiem PiS” w czasach rekordowych zysków Orlenu, pozostaje nim również wtedy, gdy prokuratorzy i prawnicy próbują ustalić, co stało się z gigantycznymi pieniędzmi.
Historia wenezuelskiej ropy może więc okazać się czymś więcej niż opowieścią o jednej fatalnej transakcji. Jest testem tego, jak naprawdę zarządzano największą polską spółką w czasach, gdy polityczna władza niemal codziennie zapewniała Polaków o profesjonalizmie swoich nominatów. 230 mln dolarów zapłacono. Ropa nie przypłynęła. Pieniądze trzeba teraz odzyskiwać. I właśnie te trzy zdania są dziś znacznie bardziej wymownym podsumowaniem epoki Daniela Obajtka w Orlenie niż wszystkie propagandowe konferencje PiS razem wzięte.











