Są granice politycznej walki, których odpowiedzialny były premier nie powinien przekraczać. Mateusz Morawiecki właśnie niebezpiecznie się do jednej z nich zbliżył.
Informację o poufnym dokumencie przekazanym Donaldowi Tuskowi przez szefa CIA postanowił wykorzystać do kolejnego ataku na rząd, dorzucając do niego wojsko, porty, lotniska, centra danych i sugestię, że premier wie o nadciągającym niebezpieczeństwie, ale z jakiegoś powodu „milczy”. To już nie jest zwykła parlamentarna awantura. To polityczna gra na społecznym strachu w chwili, gdy za polską granicą trwa wojna, a Rosja otwarcie grozi naszemu krajowi.
Najgorsze jest to, że Morawiecki nie może zasłaniać się niewiedzą. Przez blisko sześć lat stał na czele polskiego rządu, otrzymywał raporty służb, rozmawiał z przywódcami państw NATO i doskonale zna zasady wymiany informacji wywiadowczych. Wie więc, że premier nie wychodzi przed kamery, aby opowiadać, czego właśnie dowiedział się od dyrektora CIA. Wie również, że część działań podejmowanych przez wojsko i służby musi pozostać niejawna. Jeśli mimo tej wiedzy próbuje dziś wmówić Polakom, że milczenie Tuska jest czymś podejrzanym, trudno traktować to jako troskę o bezpieczeństwo. Znacznie bardziej przypomina to świadomie skonstruowany polityczny spektakl.
„Żądam zwołania posiedzenia Sejmu w trybie niejawnym” – oświadczył Morawiecki. Samo żądanie można jeszcze uznać za element parlamentarnej kontroli nad rządem. Problem w tym, czym były premier je obudował. „Polacy mają prawo wiedzieć, co premier wie, czego się obawia i dlaczego milczy” – napisał. To już nie jest pytanie o procedury bezpieczeństwa. To sugestia, że Tusk posiada alarmujące informacje i z niewiadomych powodów ukrywa je przed społeczeństwem.
Morawiecki powinien wiedzieć, jak nieodpowiedzialna jest taka gra. Premier Polski nie ma obowiązku informowania opinii publicznej o treści materiałów otrzymywanych od szefów sojuszniczych służb wywiadowczych. Przeciwnie – jego obowiązkiem może być właśnie zachowanie ich w tajemnicy. Gdyby Tusk wyszedł przed kamery i zaczął szczegółowo opowiadać, co CIA wie o rosyjskich planach, potencjalnych prowokacjach czy zagrożeniach dla infrastruktury, Morawiecki zapewne jako jeden z pierwszych oskarżyłby go o ujawnianie wrażliwych informacji.
Szczególnie osobliwie brzmi więc zdanie byłego premiera: „Bezpieczeństwa Polski nie buduje się poprzez komunikaty prasowe”. Trudno o lepszy przykład politycznej ironii, ponieważ Morawiecki właśnie poprzez publiczne wystąpienie i media społecznościowe urządza debatę wokół poufnych informacji wywiadowczych. Chce pokazać, że rząd rzekomo nie działa, choć jednocześnie nie może wiedzieć, jakie działania zostały podjęte, ponieważ część z nich z oczywistych powodów nie jest jawna.
„Czy jest wzmocniona ochrona polskich portów, polskich lotnisk, centrów danych? Czy Wojsko Polskie postawione zostało w stan podwyższonej gotowości?” – pytał Morawiecki. Tylko czego właściwie oczekuje? Publicznej odpowiedzi premiera zawierającej szczegóły zabezpieczenia portów, lotnisk i infrastruktury krytycznej? Informacji o stopniu gotowości jednostek wojskowych? Raportu o działaniach służb? Rosyjski wywiad z pewnością wysłuchałby takiej debaty z zainteresowaniem.
Donald Tusk zachował się znacznie bardziej odpowiedzialnie. Poinformował o zagrożeniu, ale nie ujawnił szczegółów otrzymanych informacji. „Należy spodziewać się różnych scenariuszy” – powiedział, wskazując na sytuację na froncie rosyjsko-ukraińskim oraz wschodnią flankę Europy. To wystarczająco dużo, aby społeczeństwo wiedziało, że sytuacja jest poważna, i jednocześnie wystarczająco mało, aby nie urządzać publicznego briefingu dla przeciwnika.
Największym problemem w wystąpieniu Morawieckiego nie są jednak same pytania. Jest nim próba wykorzystania strachu. Były premier mówi o „bardzo realnych zagrożeniach”, pyta o wojsko, porty i lotniska, a następnie nazywa gabinet Tuska „rządem partaczy”. W efekcie zamiast uspokajać sytuację i budować elementarną jedność wobec zagrożenia zewnętrznego, tworzy wrażenie państwa nieprzygotowanego, którego premier posiada jakieś straszne informacje i „milczy”.
A przecież w tym samym czasie z Moskwy płyną otwarte groźby. Nikołaj Patruszew zapowiada, że w razie konfliktu Rosja może użyć wobec Polski „całego arsenału sił i środków”. Właśnie w takim momencie odpowiedzialny były premier powinien szczególnie uważać na słowa. Kreowanie obrazu Polski jako państwa chaotycznego, bezradnego i nieprzygotowanego trudno uznać za wzmacnianie bezpieczeństwa.
I właśnie tutaj Morawiecki sam wpada we własną pułapkę. Jeżeli naprawdę uważa sytuację za tak poważną, jak mówi, powinien zachowywać się jak były premier państwa znajdującego się na wschodniej flance NATO: domagać się informacji odpowiednimi kanałami, rozmawiać o bezpieczeństwie na posiedzeniach właściwych komisji i powstrzymać się od siania niepokoju. Jeżeli natomiast wykorzystuje raport CIA przede wszystkim po to, aby uderzyć w Tuska, to znaczy, że bezpieczeństwo Polski stało się dla niego kolejnym elementem partyjnej kampanii.
Niejawne posiedzenie Sejmu można zwołać. Można pytać rząd, można go kontrolować i można domagać się wyjaśnień. Ale Morawiecki poszedł dalej: zasugerował Polakom, że premier coś przed nimi ukrywa, państwo może być nieprzygotowane, a niebezpieczeństwo jest tuż za rogiem. I zrobił to człowiek, który doskonale wie, dlaczego informacji CIA nie wykrzykuje się z sejmowej mównicy.
Dlatego w tej historii najbardziej niepokojące nie jest milczenie Tuska. Niepokojąca jest gotowość Morawieckiego do wykorzystania nawet tajemnic wywiadowczych i lęku przed wojną w bieżącej walce politycznej. Były premier chciał postawić rząd pod ścianą, a postawił pytanie o własną odpowiedzialność. Bo jeśli człowiek z jego doświadczeniem świadomie zaciera granicę między kontrolą rządu a podsycaniem strachu, nie jest to już polityczna nieostrożność. To cynizm. A bezpieczeństwo państwa jest zbyt poważną sprawą, by robić z niego rekwizyt w kolejnej wojnie z Tuskiem.











