Dziewięć złotych za litr oleju napędowego jeszcze niedawno brzmiałoby jak ponury żart. Dziś staje się realnym scenariuszem. I właśnie w takim momencie prezydent Karol Nawrocki postanowił zablokować rozwiązanie, które miało pozwolić państwu sięgnąć po część nadzwyczajnych zysków firm korzystających na paliwowym kryzysie. Donald Tusk ma więc pełne prawo pytać, co właściwie kierowało prezydentem. Tym bardziej że rachunek za polityczne demonstracje na szczytach władzy zapłacą nie politycy, lecz kierowcy.
„Nie mam zielonego pojęcia, co mu kazało zablokować tak oczywisty projekt jak opodatkowanie tych nadzwyczajnych zysków” – mówił premier podczas posiedzenia rządu. I dodawał rzecz zasadniczą: „W każdym kryzysie paliwowym my wszyscy tracimy, ale firmy paliwowe zyskują”. Można dyskutować o szczegółach podatku, jego wysokości czy konstrukcji. Trudniej jednak zrozumieć, dlaczego prezydent w chwili gwałtownego wzrostu cen ropy zamyka rządowi drogę do rozwiązania, które miałoby przenieść część kosztów kryzysu z obywateli na przedsiębiorstwa osiągające dzięki niemu ponadprzeciętne dochody.
Sytuacja jest poważna. Według prognoz e-petrol cena benzyny Pb95 może dojść do 7,99 zł za litr, natomiast diesel ma kosztować od 8,94 do nawet 9,07 zł. Średnia cena oleju napędowego już osiągnęła 8,75 zł i była najwyższa w historii notowań portalu. To nie są abstrakcyjne liczby z giełdowych tabel. Droższy diesel oznacza droższy transport, a droższy transport wcześniej czy później pojawia się na paragonach w sklepach.
Tusk nie udaje przy tym, że rząd jest w stanie zaczarować światowy rynek ropy. Przeciwnie, wskazuje na przyczyny zewnętrzne: wojnę na Bliskim Wschodzie, rosyjską agresję oraz ryzyko dalszych zakłóceń w dostawach surowców. Baryłka WTI przekroczyła 103 dolary, Brent kosztuje ponad 107 dolarów, a inwestorzy obawiają się dalszej eskalacji. W takiej sytuacji możliwości każdego polskiego rządu są ograniczone. Nie znaczy to jednak, że państwo powinno bezczynnie obserwować, jak kryzys pustoszy portfele obywateli.
I tutaj pojawia się problem Nawrockiego. Prezydent może oczywiście wetować ustawy. Konstytucja daje mu takie prawo. Ale prawo do weta nie zwalnia z odpowiedzialności za jego skutki. Jeżeli głowa państwa odrzuca rozwiązanie przedstawiane jako jeden z instrumentów ograniczenia kosztów kryzysu, powinna zaproponować własne. Samo powiedzenie „nie” jest najłatwiejszą formą polityki. Zwłaszcza gdy rachunek przy dystrybutorze płaci ktoś inny.
Premier postawił sprawę jasno. „Za chwilę będziemy mieli rzeczywiście rekordowe ceny, takie, o jakich nikt nie śnił w najgorszych snach” – ostrzegł. Jednocześnie zadeklarował, że po podpisaniu ustawy dotyczącej nadzwyczajnych zysków rząd uruchomi kolejny wariant programu Ceny Paliwa Niżej. Można Tuska później rozliczać z tej deklaracji. Jeśli ustawa zostanie podpisana, będzie można sprawdzić, czy rząd rzeczywiście zrobił to, co zapowiedział. Na tym właśnie powinna polegać polityczna odpowiedzialność.
Nawrocki natomiast coraz częściej sprawia wrażenie prezydenta, który swoją rolę rozumie przede wszystkim jako blokowanie rządu Donalda Tuska. Problem zaczyna się wtedy, gdy polityczna wojna przestaje dotyczyć personalnych sporów Warszawy, a zaczyna kosztować obywateli konkretne pieniądze. Przy dieslu za dziewięć złotych za litr trudno będzie kierowcom wytłumaczyć, że najważniejsze było pokazanie premierowi, kto potrafi skuteczniej powiedzieć „nie”.
Dlatego apel Tuska należy potraktować poważnie. „Mój gorący apel, panie prezydencie” – mówił premier. Nawrocki powinien na niego odpowiedzieć nie kolejnym politycznym komunikatem, lecz decyzją i konkretną alternatywą. Bo kierowcy nie tankują konstytucyjnego sporu między Pałacem Prezydenckim a Kancelarią Premiera. Tankują benzynę i olej napędowy. A kiedy na pylonie zobaczą dziewiątkę z przodu, zapytają bardzo prosto: kto zrobił wszystko, żeby temu zapobiec, a kto ograniczył się do wetowania?











