Jarosław Kaczyński najwyraźniej postanowił zastosować jedną z najstarszych politycznych sztuczek: zanim ktoś zacznie rozliczać ciebie, oskarż wszystkich dookoła. Jeszcze lepiej – przedstaw siebie jako ofiarę. Prezes PiS przekonuje więc dziś Polaków, że to Donald Tusk i Waldemar Żurek kłamią, obecna władza zmierza w stronę „dyktatury”, a w demokratycznym państwie rząd powinien właściwie podać się do dymisji. Trzeba przyznać: jak na lidera partii, która przez osiem lat rządziła Polską i pozostawiła po sobie cały katalog spraw wymagających wyjaśnienia, jest to konstrukcja wyjątkowo śmiała.
Kaczyński próbuje bowiem zrobić coś więcej niż zaatakować Tuska. Próbuje odwrócić kota ogonem i zamienić role. PiS ma już nie być partią, której rządy są rozliczane, lecz ofiarą prześladowań. Ludzie poprzedniej władzy nie mają odpowiadać na pytania – mają być represjonowani. Śledztwa nie mają wyjaśniać wątpliwości – mają być polityczną zemstą. A każda niewygodna informacja może zostać wrzucona do jednego wielkiego worka z napisem „kłamstwo Tuska”. To niezwykle wygodna metoda prowadzenia polityki, bo pozwala nie odpowiadać właściwie na nic.
„Ta władza opiera się na totalnym kłamstwie. Na kłamstwie wygrała wybory” – przekonuje prezes PiS. To efektowna figura retoryczna, ale jednocześnie klasyczny przykład odwracania kota ogonem. Kaczyński nie próbuje już nawet przekonywać, że konkretne zarzuty wobec ludzi związanych z jego obozem są nieprawdziwe. Proponuje znacznie wygodniejszą opowieść: wszystkie oskarżenia są częścią jednego wielkiego kłamstwa, którego celem było odsunięcie PiS od władzy.
Tak można unieważnić właściwie wszystko. Aferę wizową? „Kłamstwo”. Zarzuty dotyczące sposobu wydawania publicznych pieniędzy? Polityczna zemsta. Śledztwa dotyczące ludzi poprzedniej władzy? Represje. Działania prokuratury? Zamach na demokrację. W tej narracji nie trzeba już odpowiadać na niewygodne pytania. Wystarczy przekonać własnych wyborców, że samo ich zadawanie jest elementem spisku.
Kaczyński idzie jednak jeszcze dalej. „Ta władza robi to samo tylko w sposób bardziej brutalny i bezwzględny. Chce mieć władzę poza jakąkolwiek kontrolą, czyli w gruncie rzeczy dyktaturę” – mówi. Słowo „dyktatura” pojawia się tu oczywiście nieprzypadkowo. Ma podnieść temperaturę sporu i zamienić polityczny konflikt w walkę dobra ze złem. Problem polega na tym, że podobne oskarżenia brzmią osobliwie w ustach lidera partii, która przez osiem lat była oskarżana o podporządkowywanie sobie kolejnych instytucji państwa i której politycy niejednokrotnie przekonywali, że wyborcze zwycięstwo daje im niezwykle szeroki mandat do przebudowy państwa.
Jeszcze ciekawiej robi się, kiedy Kaczyński zaczyna opowiadać o przeszłości. Według niego Platforma wygrała wybory w 2007 roku, „choć w Polsce nic złego się nie działo, ale wmawiano ludziom, że dzieją się rzeczy straszne”. To już nie tyle interpretacja historii, ile próba jej wygładzenia. Rządy PiS z lat 2005–2007 zakończyły się przecież przedterminowymi wyborami po rozpadzie koalicji, serii politycznych konfliktów i głębokim kryzysie wokół afery gruntowej. Twierdzenie po latach, że właściwie „nic złego się nie działo”, wymaga naprawdę dużej wiary w krótką pamięć wyborców.
Najmocniejsze słowa Kaczyński zachował jednak dla Donalda Tuska i Waldemara Żurka. „Premier wychodzi na trybunę sejmową, to samo czyni minister sprawiedliwości i obydwaj kłamią. W państwie demokratycznym to byłby koniec” – stwierdził. Według prezesa PiS konsekwencją miałaby być wręcz „oczywista konieczność dymisji rządu”.
Tyle że właśnie tutaj potrzebne są dowody, a nie kolejne wielkie słowa. Jeżeli Kaczyński twierdzi, że premier i minister sprawiedliwości świadomie skłamali w konkretnej sprawie, powinien precyzyjnie wykazać: co powiedzieli, jaki jest stan faktyczny i gdzie dokładnie znajduje się kłamstwo. Samo ogłoszenie z partyjnej mównicy, że przeciwnik kłamie, nie sprawia jeszcze, że premier powinien podawać rząd do dymisji.
W wystąpieniu Kaczyńskiego widać przede wszystkim próbę odzyskania wygodnej pozycji moralnej. PiS nie chce być partią tłumaczącą się z własnych rządów. Chce ponownie zostać oskarżycielem. Dlatego śledztwa stają się „represjami”, rozliczenia „dyktaturą”, a polityczna odpowiedzialność – „totalnym kłamstwem”.
Tyle że Kaczyński nie może jednym wystąpieniem unieważnić ośmiu lat rządów PiS. Nie może zamienić rozliczanych w rozliczających tylko dlatego, że głośniej od innych wypowie słowo „kłamstwo”. I nie może oczekiwać, że Polacy zapomną, kto przez osiem lat kontrolował rząd, parlament, państwowe spółki i ogromną część instytucji publicznych.
Prezes PiS mówi: „Nie wierzcie w to, nie wierzcie w te bajki”. Być może właśnie to zdanie najlepiej podsumowuje jego dzisiejszy problem. Kaczyński coraz częściej nie próbuje już przekonywać faktami. Prosi swoich wyborców, żeby uwierzyli jego wersji rzeczywistości.
A to zasadnicza różnica. Można odwrócić kota ogonem. Można ogłosić rozliczenia zemstą, śledztwa prześladowaniem, a przeciwników kłamcami. Można nawet po raz kolejny postraszyć Polaków „dyktaturą”. Nie da się jednak odwrócić kalendarza i sprawić, by osiem lat rządów PiS po prostu zniknęło. Kaczyński może próbować przepisać historię. Problem w tym, że Polacy doskonale ją pamiętają.











