Rząd Donalda Tuska zbliża się do momentu, w którym kończą się usprawiedliwienia. Nie można bez końca mówić wyborcom, że zmian nie ma, bo prezydent blokuje, instytucje nie działają, procedury są skomplikowane, a poprzednicy zostawili po sobie prawne pole minowe.
To wszystko może być prawdą, ale wyborca ostatecznie nie głosuje na katalog przeszkód. Głosuje na ludzi, którzy obiecują te przeszkody pokonać. Dlatego Jarosław Kurski trafia w jeden z najczulszych punktów obecnej władzy, kiedy mówi o Tusku: „To jest moja nadzieja, że on wrzuci wyższy bieg”. Jeśli premier tego nie zrobi, PiS nie będzie nawet musiał szczególnie skutecznie odzyskiwać wyborców. Wystarczy, że obecna władza sama przekona ich, iż zmiana władzy niewiele zmieniła.
Tusk najwyraźniej sam zaczyna dostrzegać problem. „Grzeczny to już byłem. Nie będzie akceptacji” – powiedział, opisując politykę za pomocą sugestywnej metafory. „Jest szachownica, umawiamy się na grę w szachy”, mówił, po czym przedstawiał przeciwnika, który zamiast przestrzegać reguł, pojawia się z kijem bejsbolowym. Sens tej wypowiedzi był czytelny: premier uważa, że dotychczasowa metoda odpowiadania na działania przeciwników przestała wystarczać.
Kurski interpretuje tę zmianę przez pryzmat charakteru Tuska. „To jest chłopak wychowany na gdańskim podwórku. Realia gdańskiego podwórka są takie, że trzeba być twardym” – mówił w TVP Info. Dodał też, że Tusk „lepiej radzi sobie w sytuacji opresyjnej”. Można traktować tę psychologizującą opowieść z dystansem, ale polityczna diagnoza jest czytelna: rząd wszedł w okres, w którym nie będzie już rozliczany z dobrych intencji, lecz ze sprawczości.
I tutaj hasło o „wyższym biegu” trafia w istotę problemu. Wyborców, którzy oczekiwali zmian w wymiarze sprawiedliwości, rozliczeń poprzedniej władzy czy odbudowy instytucji państwa, nie można bez końca przekonywać, że wszystko jest niezwykle trudne. Polityka ostatecznie rozliczana jest z rezultatów. Jeżeli rząd uważa, że napotyka instytucjonalną blokadę, musi znaleźć zgodne z prawem sposoby jej przezwyciężenia.
Znacznie dalej Kurski idzie, opisując konflikt z prezydentem. Sytuację nazywa „piekielnie niebezpieczną” i twierdzi, że „tam już nie ma żadnych świętości”. Szczególnie mocne jest jego określenie relacji Nawrockiego z jego politycznym zapleczem jako „zmowy gangsterskiej”. To ocena Kurskiego, a nie stwierdzony fakt, i właśnie tak należy ją traktować. Pokazuje jednak temperaturę konfliktu, który dawno przestał dotyczyć wyłącznie pojedynczych ustaw czy personalnych sporów.
Najbardziej kontrowersyjna część jego wypowiedzi dotyczy metod działania. „Demokraci są w stanie wyższej konieczności” – przekonuje Kurski, dodając, że dla przywrócenia praworządności „być może trzeba dla obrony demokracji podjąć kroki bardziej radykalne niż gra w szachy”. Tutaj potrzebne jest zastrzeżenie: skuteczność nie może oznaczać dowolności. Jeżeli odpowiedzią na zarzucane przeciwnikom naginanie reguł miałoby być naginanie ich przez drugą stronę, państwo nie odzyska stabilności, lecz wejdzie w kolejną fazę wojny instytucjonalnej.
„Wyższy bieg” powinien więc oznaczać przede wszystkim szybsze decyzje, sprawniejsze egzekwowanie prawa, konsekwencję i branie odpowiedzialności za rezultaty. Nie powinien oznaczać przekonania, że polityczny cel usprawiedliwia każde narzędzie. Twardość w demokratycznym państwie nie polega na łamaniu reguł, lecz na umiejętności skutecznego działania w ich granicach.
I właśnie dlatego Kurski dotknął problemu, którego Tusk nie może już dłużej omijać. Czas politycznych wymówek się kończy. Wyborców nie będzie interesowało, ile przeszkód napotkał rząd, ilu ludzi mu przeszkadzało i jak bardzo niesprawiedliwe były reguły gry. Zapytają o rezultat. Tusk powiedział: „Grzeczny już byłem”. Dobrze. Teraz powinien pokazać, że potrafi być skuteczny. Bo jeśli „wyższy bieg” skończy się na mocniejszych słowach, wyborcy mogą dojść do znacznie prostszego wniosku: nie potrzebują premiera, który lepiej tłumaczy własną niesprawczość, tylko rządu, który wreszcie potrafi rządzić.











